Łyżeczka
Dotknięcie samotnych ust
łyżeczką od herbaty
oto początek
dnia co się zdarza
a za nim wieczór
i dni kolejne
każdego dnia
stół dębowy
na którym opieram dłonie
tak samo odosobniony
co rano pozwalam mu żyć
kładąc na lakierze policzka
kubek gorącej herbaty
sięgam pamięcią
po twój dotyk
na moim policzku
odchodzę w dzień.
Jabłko
Starannie palec obok palca
linia obok linii
uczę się
faktury
chcę byś przetrwał zimę
nienaruszony
zatopiony w wosku mojej miłości
owinięty w gazetę codzienności
słomę słów
starannie okryty
by czerwień
twych warg
nie kusiła
by nikt nie wydobył cię
z chłodu mojej
zazdrości.
Sodowe i rtęciowe
W moim mieście jest około 6 787 latarni
wciąż ich przybywa
oświetlają 657 ulic
jest szesnasty kwietnia
jednym słowem wiosna
słońce dawno zaszło
uliczne lampy są teraz
przeszkodą dla pijaków
drogowskazem dla psów
oparciem dla kobiet - tych co to całe życie na nogach
są jeszcze ci którzy widzą w nich wyższy sens
poeci, artyści i inne znajdy wieczoru
do nich rzeczywistość dociera jako łagodna forma światła
pomarańczowe
nieco przyćmione
ciepły ton pod granatowym niebem
piękny kolor
mi też się podoba
do dziś myślałam - ktoś się stara
magister sztuki czy emerytowany malarz
dba o wieczorny wizerunek miasta
o pijaków, psy, kobiety i poetów
ktoś mi jednak powiedział
wiesz czemu to robią?
bo tak jest taniej
całe to piękno po prostu mniej ich kosztuje
latarnie świecące z połową mocy
dobrze że pomarańczowa miękkość światła
wychodzi komuś taniej
taniej niż jaskrawa iluminacja
kościście jaskrawa rzeczywistość.
Autochaotycznie
Najwięcej wspólnego mam z zielenią traw i słonecznym światłem
ich niewymuszoną subtelnością i wszechobecnością
i nie chodzi tu o roszczenie sobie prawa do wszechobecności
lecz o zwykłe nieuporządkowanie
chaotycznie rozrzucona trawa i padające na nią promienie słoneczne
widok żółto - zielony nieskoordynowanego spotkania
oczy zaczerpnięto mi z oceanu
zmienne z każdym kaprysem pogody
mają w sobie żółtą obwódkę zachodzącego słońca
granatową noc nieba
błękit paryski zmieszany ze stalową szarością
zieloność trawy po pierwszych mrozach
ich wieczne przypływy i odpływy
nie ma w nich stałości co mnie wiecznie w sobie niepokoi
zmienia się smak mojej śliny
nie lubię już krupniku
sweter który uwielbiałam
stał się arfą do przesiewania ziemi
chętnie wiążę wiatr w warkoczu
w splotach kosmyków
i sól morską chowam na gorsze czasy
w zagłębieniach warg.
Zapach
Zapach starych kobiet
gorzko-kwaśny
kiedy przechodzisz obok
skóry cienkiej niczym bibuła
wielowarstwowe ubiory
Zapach starych kobiet
gorzko-kwaśny
w kolejce po mięso
nabiegłe krwią niczym wspomnienia
ciężko gojące rany
Zapach starych kobiet
cierpki i słony
tak inny od woni adrenaliny młodości
Tak trudno czasem znieść
posępnego wzroku ciężar.
Kobiety
Tyle jest kobiet
patrzących z rozmarzeniem na morze
samotnych
niczyich
pochłanianych przez zachód słońca
przysypiających na ławkach
A ja?
Więc
JA
patrzę na ciebie z morza
zawsze czyjaś
pochłaniając zachód słońca
na ławce przysiadam czasem
by popatrzeć na te inne.
Czy to zaplanowała
Zmyła naczynia i obrała ziemniaki
wyrzuciła śmieci
pomalowała paznokcie
wywietrzyła sypialnię
Kąpiąc się wypiła łyk wina
Powiedziała że kocha uśmiechając się do lustra
podparła niebo
swym wdziękiem kariatydy
o radosnych ptasich oczach
i pracowitych dłoniach
wybrała się w nocny spacer
po wielkich połaciach
czystego nieba
po plamach
ciepłych
białych
gwiazd.
Tak nie każdy blask
Jesteś blaskiem który dostrzegłam w twoich oczach
i za tym blaskiem tęsknię
wracam do niego myślami
tak
nie
za tak
za nie
za każde tak
za każde nie
za tak każde
za nie każde
za nie każde tak
tak za każde nie
wtedy gdy trzeba
w odpowiednim miejscu
czasie
słowo
łzę utkwioną w mym oku
zapach zatrzymany w pościeli
uschły kwiat
związane ze sobą przysięgą milczenia ubrania
tajemnice zmysłów
wciąż
ciągle
kocham.
Dwadzieściaczterygodziny
Co wieczór
mętnieje wzrok
myśli rozmazują się
w człekokształtne mozaiki
rzęsy - kochankowie
splatają się w uścisku
dźwięki mętnieją
szelest pościeli
wygodne ułożenie
kurtyna
Ślady poduszki na twarzy
oniryczny trop
wygniecione ciało
błękitne rysunki żył
zmierzwione włosy
oto człowiek napotykany
próba nowonarodzenia
co wieczór
z mizernym efektem
skutek.
Spacer
Właśnie po deszczu
Studzienki ściekowe szeptają pod bacznym
jednookim spojrzeniem pochylonych latarni
Gładka , okrągła kropla
zbiega po karoserii napotykając twe palce
Otwierasz drzwi
Noc wyciąga rękę
Wiesz
Wkładasz kluczyk
Zapłonęło światło
Znów się jej wymykasz
z piskiem opon.
Siedząc wewnątrz wiersza
Krople ciepłego światła
Strugi obrazów
Tańczę boso
Czując pieszczotę deszczu
na szyi
Zapach dzikiej róży
pośród kręconych włosów
Ciepło wody i piasku
między palcami
stóp
Światło opada kroplą
na moje usta
I nie muszę mówić
Wie jak całować
Tęczę.