***
Modlę się o pokój na świecie
Do Ciebie, Boże Miłosierdzia.
Za żydowską ścianę płaczu
Gdy chłopcy z czarnymi lokami
Uderzają w nią czołem z westchnieniem
Dlaczego
Boże Miłosierdzia
Za piasek Ziemi Świętej
Przesypujący się między palcami
Ręki, która pożegnała przyjaciela -
- franciszkanina bez parafii
pytając
po co
Boże Miłosierdzia
Za arabski wschód słońca
I zastygłe na ustach
Nie masz boga nad Allacha
Szept wśród kurzu wystrzału
Przecież jedyne, czego pragnąłem to Mekki.
Za zburzone domy Afganistanu
Gdzie kiedyś matka zakrywała twarz
A ojciec pracował w piekarni
Za tych, których pochowano
Pod tonami wieży ze szkła
Bo ośmielili się mieć blond włosy.
Za całe to bagno
Panie mój, Boże Miłosierdzia
Proszę Cię ja -
-dziewczyna, która może się śmiać.
Noli me tangere (Nie dotykaj mnie)
Szepnąłeś, żałując swych słów
Zobaczyłeś na jej twarzy otępienie
Pożądanie dotyku rąbka twojej sukni.
Błagała muśnięcia cebulek twoich włosów
                                                na nogach
wijąc się u twych stóp
- skalany ślimak -
- grzech doczesności -
A Ty szepnąłeś -
Noli me tangere...
Zdławiłeś jej pragnienie
W tubce farby z ultramaryną
W olejnej łzie błękitu nieba.
Rozpłynęła się w Twoim
- Noli me tangere -
- Maria Magdalena.
Niebo
    Dobrzy Amerykanie złapali złoczyńcę świata. Siedział sobie w piwnicy przywalonej stosem cegieł i styropianu. Bez telewizora, telefonu, bez gazet, zapewne też książek brak. Ciekawe, czy miał się gdzie załatwić... bo lustra na pewno nie posiadał! Cały zarósł jak wilkołak i tylko czarne oczka wyzierały spod krzaczastych brwi. To one powiedziały dobrym Amerykanom, jak bardzo był Saddam zaskoczony, gdy wykopali drzwi jego izolatki wrzeszcząc dont muw, co oczywiście było dla niego zwykłym bełkotem, bo przecież nie wychował się na amerykańskich superprodukcjach. Ale chyba zrozumiał, że ma siedzieć na tyłku, jak siedział przed chwilą. Ciekawe, co właściwie robił, zanim mu tak brutalnie przerwano. Myślał, co zjeść na obiad, jak zabić buszującego obok szczura, a może, by tak wysadzić ludzkość w powietrze. Zresztą nieważne. Liczy się tylko jego niebotyczne zdumienie, gdy ujrzał dobrych Amerykanów.
    Jak donoszą media, Saddam był wyraźnie zaniedbany. Może więc potraktował komandosów jak wybawicieli? Powitał z otwartymi ramionami (choć oczywiście nikt nigdzie tego nie wyemituje, jakby to wyglądało w telewizji) jak zwiastunów dobrych wieści - ciepłej wody, mydła, nożyczek, pachnideł, miękkiego łóżka, fleszów, pierwszych stron gazet, a wszystko to zgodnie z konwencją genewską!
    Bo że umrze, to wiedział od początku. Mówiła mu o tym babcia, zanim sama odeszła. Nie chciał tylko umierać w klitce dwa na dwa, w odorze swoich odchodów, z długimi włosami, gdzie zagnieździły się wszy. Teraz dokona żywota jak wódz - z patosem, dumą, wśród kamer, ubrany schludnie... może nawet pozwolą mu założyć swój ulubiony mundur. Zresztą to już też nie jest ważne. I tak będzie w podręcznikach do historii, wszyscy będą wiedzieć, że istniał. Nie odbierze mu sławy nawet ta chwila słabości, gdy akurat nie było pod ręką żadnego sobowtóra i musiał pokazać się z brudem za paznokciami.
    Dlatego zdumiał się, że dobrzy Amerykanie powalili go na ziemię i związali, zaglądali do buzi (ale ma śmiesznie ludzko-czerwony język) i robili testy jak ufoludkowi. On przecież chciał być Saddamem. Za nic w świecie by się tym tytułem nie podzielił i gdyby tylko zapytali, z pewnością szczerze by odpowiedział.
    Po jakimś czasie wymierzono sprawiedliwość według ludzkich i ziemskich kryteriów. Umarł więc, pozostawiając ciągnącą się jak smród po jego trupie, "siłę fatalną", legendę, zdolność wzbudzania emocji, nienawiści, uwielbienia, strachu... a przecież już nie żył. W ten sposób dobrzy Amerykanie beatyfikowali Saddama.
    Jedyne pocieszenie to fakt, że jeszcze jest Niebo. Tam nareszcie go ukarano - wymazano z pamięci milionów i zamknięto w ciemnej komórce, by zamordowane dzieci wciąż mogły beztrosko hasać po elizejskich łąkach.
***
    Urodził się w chłodną, listopadową noc. Godzina druga nad ranem. Jakiś pijaczyna sinusoidalnie sunący po ulicy uderzył się o kolejny pień drzewa. Ktoś z nożem w ręku przeskakuje z ciemności w ciemność unikając sennego światła latarni. Gdzieś przemknął spóźniony imprezowicz ściskając kolejną już butelkę Żubrówki. Tylko czasami gdzieś zawyje ambulans, dla niektórych to ostatnia melodia życia... I żadne znaki, ni w sercach, w myślach, ni w czynach nie mówiły, że urodził się. On.
    Na chrzcie nadano mu imię. Nic niezwykłego, ot tak, po prostu. Bez znaczenia, bez głębszego wyrazu, podobało się rodzicom. Nosił je później przez całe życie.
    Mając "naście" lat zrozumiał. Nie w chwili uniesienia, nie przy pierwszym marzeniu, nie w okamgnieniu hipnozy. Zalewał wrzątkiem herbatę. Wsypał łyżeczkę cukru, zamieszał. Wpatrywał się w maleńki wirek pochłaniający słodkie atomy. "Świat jest poezją" - stwierdził - "Nic nie ginie, lecz trwa przez pokolenia. Wszystko ma swoje znaczenie. Kochać należy każdą chwilę, każdą prozaiczną czynność, każde westchnienie, gdyż nie wiemy, czy to westchnienie nie przerodzi się w coś nieskończonego. Nie wiemy, czy ulotna myśl nie zrodzi całego dzieła. Nie wiemy. Dlatego powinniśmy przejść przez życie, a nie obok niego." Odłożył łyżeczkę, wypił herbatę i poszedł spać.
    Skończył szkołę średnią, studiował, pracował, założył rodzinę, miał dzieci. I wciąż nie wiedział, czy żył. Przestał słodzić herbatę. Zaczął chodzić na ryby, które już wszystkie wymarły. Bawił wnuków strzelających do niego z laserowych pistoletów, choć w zasadzie nie wiedział, czym był laser. Wykrzykiwał do telewizora przekleństwa i klątwy, choć nikomu nie powiedział, o co walczy. I tylko późnym wieczorem, gdy uciążliwa sztuczna szczęka spoczywała spokojnie w bezimiennym płynie, zasiadał w wytartym, bordowym fotelu, myśląc, że w życiu przecież chodzi o to, by być troszkę niemożliwym. Filozof z łyżeczką cukru w dłoni.
***
    Kiedy zahaczyłam biodrem o kant stołu dając życie sinemu plackowi, nie wiedziałam, że może to być takie przyjemne. Bo przecież nie można nie kochać małej plamki barwy węgierskiego wina, która rośnie i staje się dojrzałym siniakiem.
Jest silny i bolący, ale mnie cieszy.
    Wolę mieć krwiaka na biodrze niż drewniane serce.