Fiołki
    Pożegnanie ciepłe, czułe, nieszczere. Czy wiedzieliśmy, że drugie z nas udaje? Ja nie. Gdybym wiedział byłoby mi łatwiej. Wtedy zresztą w ogóle byśmy się nie żegnali. Może wymienilibyśmy życzeniowe "do zobaczenia", krzyżując palce za plecami.
    Wyjechałaś zdaje się do Włoch. Przyszła nawet kartka na mój adres domowy, tylko potem gdzieś się zapodziała. Wcześniej dziwiło mnie, że tak skutecznie broniłaś się przed wykupieniem roamingu w telefonie. Zrozumiałem to później: wydawać pieniądze dla stworzenia pozorów byłoby, jak na Ciebie, zbyt wyrachowane.
    Brat przyjął mnie, jak zwykle, z serdecznym dystansem. Jego gościnność ujęła mnie, też jak zawsze, tak, że nawet przełknąłem zamaskowany protekcjonalizm, z jakim mnie traktował.
Z pobłażaniem pytał o pracę, udanie okazywał radość słysząc o wznowieniu mojej powieści. Oferty pomocy w gospodarstwie przyjmował chętnie, uważając jednak, bym się nie przepracował.
    Wieczorami długie spacery po łąkach. Wszędzie zielono, złotawo na rżyskach, biało
od kwiatów, których nazwy nie znałem (i do tej pory nie zadałem sobie trudu aby poznać). Wszystko pokryte miedzianym nalotem od zapadającego się w głębię lasu słońca.
    Szukałem natchnienia i spokoju na miejsce przywiezionej pustki i niejasnych obaw. Popadłem w zadumę i melancholię. Po pióro bałem się sięgać z obawy przed tym, co mógłbym napisać.
    Czy czułaś się podobnie w otoczeniu palm i rachitycznych sosen pod czystym i nagrzanym niebem Italii? Czy może od razu rzuciłaś się w wir życia? Plaża, kawiarnie, muzea, wieczorem dyskoteka. Przechadzki po plaży, zasłuchana w szum morza, opalona, pogodna. A może już wtedy nie byłaś sama?
    Ja nie myślałem o tym. Nigdy o tym nie myślę, a jednak zawsze mi się trafia. Nie staram się, a zdobywam. Jakby mimochodem, przy okazji, jak szczęśliwy los w pudełku herbatników.
    Jakaś krewna sąsiadów. Trudno powiedzieć, czy ładna czy brzydka. Raczej zwyczajna. Bezpretensjonalna, bez uprzedzeń czy kompleksów. Prosta, lecz nie prymitywna, wesoła, ale
z umiarem.
    Cisza znikła z łąk. Długie rozmowy zamiast cykania świerszczy, błahe tematy, kurtuazyjne pytania ukazywały drugie dno, prowadziły zapomnianymi, niezbadanymi ścieżkami. Powroty przy blasku księżyca, pożegnania. Czasem zbyt długi uścisk dłoni, zbyt głębokie spojrzenie w oczy.
    Stopniowo cisza zaczęła powracać, ale brzmiała już inaczej. Pachniała fiołkami, szumiała kasztanowymi włosami, trzepotała rzęsami.
    Przestałem myśleć o Tobie. To był inny świat, inny czas, gdzie nie było miejsca na przeszłość, na dylematy, rozmyślania. Pachniało przecież siano, kłuło w plecy, co nie przeszkadzało tak bardzo, szczególnie gdy rozłożyło się koc. Szepty, westchnienia, ciche jęki, przyspieszone oddechy. Opalona skóra i perły potu. Napięte mięśnie, rozszerzone źrenice, potem znów cisza i zapach fiołków, gdy kładła mi głowę na piersiach.
    Nic jednak nie trwa wiecznie. Banalne, ale prawdziwe. Często zbyt bolesne, by o tym pamiętać. Teraz było inaczej. Pożegnanie bez scen rozpaczy, nawet bez wymiany adresów. "Może za rok. Może..., trzymaj się, dziękuję." Ominęło nas rozczarowanie, bo żadne z nas nie łudziło się, że moglibyśmy wyjść po za ramy tego miejsca, po za te dwa sierpniowe tygodnie.
    To był pewnie owłosiony, muskularny Włoch. Może szczupły, uwodzicielski Hiszpan. Głowy bym nie dał, ale wiedziałem, że był. Poznałem to po świeżości, która od Ciebie biła, rozmarzeniu w Twojej postawie, gdy czekałaś na mnie koło ratusza. Jeszcze ten uśmiech, który zdawał się wkraść na stałe w kąciki Twoich ust.
    Uprzejme powitanie. Obojgu nam przyszło to naturalnie i tylko przelotne zdziwienie, że poszło tak łatwo. Potem kawiarnia i wymiana wrażeń. Oczywiście zatailiśmy zdradę, która nią właściwie nie była, bo nie było kogo zdradzać.
    Zdałem sobie sprawę, że rozstaliśmy się jeszcze przed wyjazdem, tylko nie wiedzieliśmy wtedy o tym. Teraz jak dobrzy znajomi, trochę sztucznie mili, nienaturalnie uprzejmi, ale tylko trochę. "O już późno, jeszcze się nie rozpakowałam. Ty też? Może kiedyś, teraz będę zagoniona. Muszę znaleźć pracę. Popytam i jeśli to dam znać. Dziękuję. No to pa. Pa." Uścisk dłoni, trochę za długi, ale przeszłość zawsze pozostaje, choćby na dnie, jak cierpki osad, ale zawsze.
    Otrząsnąłem się pierwszy. Ty jeszcze chwilę patrzyłaś za mną. Czy chciałaś mnie zatrzymać? Jeśli tak to z przyzwyczajenia, z przywiązania. Moment słabości, ale już dobrze.
    Szedłem szybko. Nie oglądałem się. Nagle poczułem. Nie mogłem się mylić. Wiedziałem już, że o czymś zapomniałem, że zapomniałem wypełnić pustkę. Czy Ty także? Jeszcze jeden wdech. Prawie zgiąłem się z bólu. Cierpienie niemal fizyczne, jakby coś rozrywało mi mostek. Zapach fiołków.
Miłość
    Pieszczoty, delikatne niczym dotyk motylich skrzydeł, pocałunki, które pozostają na skórze, choć usta są już gdzie indziej, lekko rozchylone wargi. Twe ciało nagie, bezwstydnie wystawione na wścibski blask księżyca.
    Całuję Cię w nos, policzki, czoło, ustami szczypię szyję. Dłonie bezwiednie błądzą po plecach, ramionach. Znów długi pocałunek. Twój ciężar jest rozkoszą, obietnicą spełnienia, radością. Unosisz się i opadasz w miłosnym rytmie, trzymając dłoń na moim sercu, teraz takim niespokojnym.
    Tutaj nie używa się słów, błądzących bliżej lub dalej od prawdy, które raz tańczą z myślą, a raz patrzą na nią bez zrozumienia, porozrzucane, bezładne. Tu prosi się opuszkami palców, obietnice składa pocałunkami. Nie kłamie się, nie udaje, a gdy sprawiam, że Twe ciało wypręża się w łuk, to jakbym ofiarowywał Ci różę mówiąc, że Cię kocham.
    Piersi, kształtne i delikatne, płaskość brzucha, gładkość ud. Zatapiam się w Tobie, czuję Cię, doświadczam, bez skrępowania, bez sztucznej maski wstydu. Zadbane, drobne stopy, jeszcze raz uda i Twe palce w mych włosach. Łapiesz powietrze urywanymi łykami, zagryzasz wargi. Wiem to, choć na Ciebie nie patrzę.
    Ten jedyny raz szczerzy, bo milczący, choć nie cisi, o nie. Może na krótką chwilę, gdy przytulam się do Ciebie, czekając, aż wrócisz z tamtej strony, gdzie nie ma myśli, uczuć, jest tylko błysk, jasność, jakby skrawek Nieba, jakby na chwilę wyjrzeć przez okno i nie pamiętać, co za nim było, lecz wiedzieć, że było pięknie. I właśnie to wspomnienie każe Twym wargom mnie pieścić, szczera chęć bym zobaczył to co Tobie było dane, bym zrozumiał szczęście, bym pojął miłość.
    Przyjmujesz mnie w siebie. Falujemy po morzu rozkoszy, płynąc ku krańcowi świata, gdzie z krzykiem spadamy w dół, ku miłosnemu zatraceniu.
    Powrót jest powolny. Trzeba się mocno przytulić, nie przestając kreślić zagadkowych znaków na ciele współtowarzyszki, podczas gdy ona szepta twej skórze tajemne inkantacje , tak cicho, że nieustannie muska ją wargami. Nie wolno otwierać oczu, bo ulega się złudzeniu, że coś się widzi. Trzeba kierować się ciepłem, pieszczotą, wsłuchać się w rytm oddechu, który mówi więcej niż słowa.
    Potem przychodzi sen, który okrywa nas niepostrzeżenie i chowa przed wścibskim wzrokiem srebrzystolicego.
    Poranek znowu tak szybko nadszedł najdroższa, ale cóż, on zawsze bardzo się spieszy. Może próbuje dogonić noc, która zawsze mu się wymyka. Gdy wyciąga dłoń, trafia w próżnię, jeszcze rozgrzaną jej ciałem. Zawsze mam nadzieję, że kiedyś się spotkają i będą razem jak na początku. Lecz może ich wspólny czas już minął, jak nasz?
    Daliśmy sobie wszystko, co było w nas najlepszego. Czy to mało najdroższa, czy to mało? Nie płacz, zrozum, że nie byłoby nas stać na więcej. Lepiej dać Ci całego siebie jednej nocy, rozpalić ogień tak wysoko, jak jeszcze nigdy nie sięgał, wznieść się na nim i zajrzeć przez okiennicę do Niego, niż rozdrabniać się na miliardy okruszynek i karmić Cię nimi miesiąc po miesiącu, rok po roku. A czy dosięgnąć wspólnie Nieba, to mało, najdroższa?
Lekarstwo
    Blask latarni rozświetlał ulicę rozbrzmiewającą jednostajnym szmerem. Światła neonów
tańczyły na kostce brukowej, głowach leniwie płynącego tłumu, murach kamienic. Z oddali dobiegał pomruk ruchliwego skrzyżowania: spłoszone piski hamulców, nawoływania klaksonów, warknięcia silników.
    Wiatr przewiewał jego luźne ubranie, otulając przyjemnym chłodem. Idąc, rozglądał się tępo. Ręka co chwila wędrowała do kieszeni, a wymacawszy tam plastikowe pudełeczko powracała do pozycji wzdłuż ciała. W pudełku leżała pastylka wielkości zatyczki od długopisu. Drugą, podobną połknął kwadrans temu. Wiedział, że nie powinien popijać jej piwem, ale nie dbał o to.
    Obok niego przetaczał się tłum. Czasami ktoś go trącał, niechcący następował na but.
    Japońscy turyści rozmawiający szybko i głośno, grupki podpitych nastolatków, zakochane pary, poważni biznesmeni. Dźwięki gitar i śpiew młodzieńców, szepty, wołania, gwizdy. Zapach potu, perfum, kosmetyków, parującego alkoholu.
    Umysł rejestrował wszystkie te bodźce, filtrując jednak tak, że większość nie docierała do świadomości.
    Szum wzmagał się, choć ludzi nie przybywało. Myśli przestawały być jasne. Rozejrzał się.
Zaczął dostrzegać szczegóły, które dotąd mu umykały.
    Srebrne kolczyki w uszach idącej przed nim kobiety, rosnąca numeracja kamienic, pręgowany kocur przechadzający się po gzymsie.
    Wbił wzrok w ziemię.
    Szare płytki chodnikowe, rowki między nimi, resztki siana, słomy, końskich odchodów.
Zamrugał powiekami.
    Krwawo zachodzące słońce, facet palący Marsy, dziewczyna w czarnych butach, zabłocony,
popielaty rower.
    Wzmagał się wiatr. Przystanął. Kręciło mu się w głowie.
    Śliskość spoconego ramienia, pęd powietrza, biegnąca dziewczyna, nawoływania, ukwiecone na żółto, biało, karmazynowo, niebiesko balkony, koronkowe firanki, odrapane parapety.
    Zatoczył się i oparł o mur. Szmer miasta przestał być jednostajny. Klakson, rozmowa, gołąb, szum skrzydeł, szczekanie psa, dzwonek roweru. Chłód muru. Zaczął biec, roztrącając
przechodniów. Czerwona sukienka, srebrny naszyjnik, kręcone włosy, torebka, przelatujący samolot, szepty, szum liści, gruchanie gołębi, stukot, chłopak, deskorolka, żółte kółka, stalowe ośki, wystawa, garnitur, pizzeria, zapach ziół, brunatna brama, kawiarnia, ogródek, zapach kawy, szmery rozmów, budka telefoniczna, srebrzysty aparat, zerwany kabel. W oddali studnia, zielona, ławka, białe audi, nowe alufelgi, stukot kół, zapach róż, bzu. Naparł całym ciężarem na pompę. Ból
mięśni,rozmowa,chłód,woda,mokro,strach,dziewczyna,dzwony,skórzana torebka,chłopak, dżinsowa kurtka. Otrząsnął się. Chichot,krzyk,zgrzyty,panika,elektronicznydzwonek,głośnamuzyka,ławki, drzewa,porowatakora,spadająceliścieklonudębukasztanowca. Zaczął biec.
Tłumprzechodniówkrzyki własnykrzykklaksontramwajniebieski d
zgbz
crziw
yemo
nón
oe
śtk
ćl.
    Tłum gęstniał szybko wokół betonowego słupa ogłoszeniowego.
- To nie ja! To nie ja! On sam wbiegł pod koła! Pan widział, pan widział, prawda?! -
wykrzykiwał nieprzytomnie motorniczy.
- Chryste! Wezwijcie karetkę! - krzyczała kobieta.
- Co się stało? Proszę pozwolić mi spojrzeć - przykurczona babuleńka przepychała się przez tłum przy wydatnej pomocy swej drewnianej laski.
    Chłopak leżał z głową opartą o plakat reklamujący zdrową żywność. Po twarzy ściekała mu krew. Sygnał karetki coraz natarczywiej świdrował uszy.
    Sanitariusze byli jednak bezradni. Starszy z nich szybko zbadał chłopaka.
- To już sprawa dla policji - rzekł, kręcąc bezradnie głową.
- Czy ktoś go znał? - spytał młodszy podnosząc się z klęczek.
- Proszę przeszukać kieszenie - rzucił ktoś z tłumu.
- Już to zrobiłem. Nic tam nie ma. Pan go znał, tak? - zapytał sanitariusz.
- Nie. Myślałem po prostu, że będzie miał dokumenty.
- Ja nie specjalnie. On sam wbiegł pod koła, on sam - mamrotał motorniczy, trzęsąc się jak zmarznięty wróbel.
- Wyjaśnimy to na komisariacie. Proszę z nami - policjant prowadził go do radiowozu, którym niedawno przyjechał.
    Chłopaka umieszczono na noszach, które wsunięto do karetki. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Kot na drodze
    Był upał. W oddali powietrze falowało tuż nad powierzchnią drogi. Miękki asfalt parzył przy
dotknięciu.
    Paweł szedł już dobre dwadzieścia minut. Pot spływał po czole, ubranie lepiło się do ciała.
Na szczęście nie było daleko.
    Tuż za zakrętem, po lewej stronie rozciągała się duża łąka, na której pasły się krowy. Uwiązane długim łańcuchem do wbitego w ziemię palika przeżuwały niemrawo, strzygąc od czasu do czasu uszami i opędzając się od much. W powietrzu unosił się zapach trawy. Tu i ówdzie leżało krowie łajno. Paweł patrzył pod nogi, by w nie nie wdepnąć, jednocześnie starając się trzymać w bezpiecznej odległości od krów.
    Łąka kończyła się metrową skarpą, poniżej której rósł gęsty mur drzew i krzewów. Za nim szumiał potok.
    Zeskoczył na grubą warstwę zeszłorocznych liści i suchych gałęzi, uważając, aby nie uszkodzić trzymanej w dłoni wędki. Rozwiązał szmaciany pokrowiec, schował do kieszeni szarej kamizelki. Zmontował wędkę, dołączył mały kołowrotek. Potem przewlekł żyłkę przez przelotki, zawiązał małą, złotą błystkę i w półprzysiadzie podkradł się nad brzeg rzeczki. Starał się poruszać jak najci-szej, ale liście chrzęściły niemiłosiernie. Rozchylił gałęzie krzewów i przyklęknął nad brzegiem.
    Strumień w tym miejscu był bystry, woda szumiała głośno i pieniła się miejscami. Za plecami, miał szpaler drzew, które zasłaniały słońce. Panował przyjemny chłód. Drobinki wody padały
na twarz i ręce. Rzucił przynętę w dół, pod przeciwległy brzeg i zaczął powoli ściągać w poprzek nurtu.
    Już po chwili, ku swej radości, poczuł na wędce szamoczący się ciężar. Pstrąg był jednak zbyt mały, by stawić opór.
    Szybko doholował go do brzegu i uwolnił, nie wyciągając z wody. Ryba w jednej chwili
zniknęła, wykonując błyskawiczny ruch ogonem. Rzucił jeszcze dwa razy, lecz bez rezultatu.
    Wyszedł z gąszczu i ruszył w dół rzeki szukając wyrwy w ścianie karłowatych wierzb i łopianu. Znalazłszy ją, stanął znów nad brzegiem. Tutaj woda była spokojna, leniwie sunęła przed siebie. Dopiero spory kawałek dalej ponownie przyspieszała. Korzenie drzew na przeciwległym brzegu wnikały w wodę grubymi, brunatnymi warkoczami, tworząc doskonałe kryjówki dla ryb.
    Rzucił tam. Bez rezultatu. Kolejne próby także nie przyniosły sukcesu.
    Schodził w dół strumienia, nie przestając łowić. W końcu zrezygnował.
    Dalszy marsz był utrudniony, gdyż brzeg stał się stromy. Na szczęście grzbietem biegła druciana siatka, ogradzająca zadbaną działkę, pośrodku której stał domek. Trzymając się zardzewiałego ogrodzenia, ostrożnie posuwał się naprzód. Kilka razy noga obsunęła mu się po wilgotnej ziemi
i tylko siatka uratowała go przed przymusową kąpielą.
    Brzeg znowu się wypłaszczał, jednak dostęp do wody uniemożliwiał gąszcz jeżyn, splątanych kolczastymi gałęziami. Musiał przejść spory kawałek drogi nim zarośla się przerzedziły. Tutaj
potok brał ostry zakręt. Prąd był bardzo porywisty i biegł tuż przy brzegu, na którym stał. Jednak woda pod drugim brzegiem była spokojna. Licząc, że pstrągi stoją na granicy nurtu, wykonał kilka rzutów, ściągając przynętę w poprzek, ale bez efektów.
    Tuż za zakrętem koryto zaczynało biec prosto, wypłycając się prawie na całej szerokości. Pod drugim brzegiem tworzyła się głęboka rynna. Woda była tam ciemna, zmatowiona przez cień
pochylonych drzew. Głębia była świetnym miejscem dla ryb.
    Wykonując rzut za rzutem, schodził w dół. Pierwsze rzuty były puste, ale przy którymś z kolei poczuł opór, a po zacięciu niewielką, ale waleczną rybę. Krótki hol był formalnością.
    Błystka mignęła w powietrzu i z pluskiem wpadła do wody. Prowadził ją powoli, miarowymi
ruchami korbki kołowrotka. Pstrąg uderzył na granicy głębi. Próbował uciec, ale był zbyt słaby by stawić opór. Paweł podciągnął go na płyciznę. Ryba ocierała się brzuchem o piaszczyste dno,
podczas gdy wystający nad powierzchnię ogon pienił wodę. Pstrąg szarpał się, próbując uciec
i nagle wyhaczył się. Stał chwilę ogłupiały, tak, że Paweł mógł przekonać się naocznie, że strata nie była wielka, po czym nagłym zrywem umknął w toń.
    Zmienił miejsce. Przeszedł kilkanaście kroków, poczuł jednak, że chce mu się sikać, oparł więc wędkę o drzewo i rozpiąwszy rozporek podszedł do skarpy. Mocz szeleścił, spadając na wyschłe liście i spływał ziemistymi, lekko spienionymi stróżkami, porywają mrówki, które pracowicie
znosiły zapasy do pobliskiego mrowiska.
    Gdy skończył, zapiął spodnie i wziąwszy wędkę, ruszył w dół rzeki. Po chwili doszedł do
małego mostu przerzuconego nad wodą, wspartego na czterech drewnianych słupach tkwiących
w nurcie.
    Ryby lubią chować się za takimi przeszkodami. Unikają w ten sposób konieczności walki
z prądem. Paweł wiedział o tym. Kilka kolejnych rzutów nie dało jednak rezultatu. Nagle poczuł na wędce tępy opór. Wiedział, że to nie ryba, lecz najpewniej przynęta zaczepiła się o jakąś zatopioną gałąź. Próbował ją odczepić, ale bezskutecznie, w końcu zacisnął mocno hamulec kołowrotka
i zaczął ciągnąć wędkę do siebie, trzymając ją równolegle do żyłki. Ta naprężała się coraz bardziej, aż w końcu pękła z głośnym trzaskiem.
    Oparł wędkę o drzewo, a sam usiadł pod nim i wyciągnął z tylnej kieszeni kamizelki kanapkę. Jadł, popijając herbatą z termosu. Potok szumiał u jego stóp, a na przeciwległym brzegu niewielki, brązowo szary ptaszek z pomarańczowym dziobkiem szukał w ziemi larw.
    Skończył jeść, spakował termos, przewlekł żyłkę przez przelotki, a na końcu uwiązał małego, pływającego woblera wyglądem i kształtem przypominającego pstrąga.
    Niżej powierzchnia wody wygładzała się, a w poprzek nurtu leżało niewielkie, rozgałęzione drzewo. Zarzucił przynętę i pozwolił jej spłynąć tuż pod wystające z wody, drobne i białe gałązki. Następnie zaczął szybko ściągać żyłkę, aby wobler mógł gwałtownie zanurkować. Wtedy poczuł silne przytrzymanie. Zaciął. Ciężar był spory. Trzymał rybę mocno, aby nie zaplątała żyłki
w gałęzie, ale w końcu musiał popuścić troszkę, gdyż żyłka niebezpiecznie się naprężyła.
    Kołowrotek terkotał cicho za każdym razem, gdy ryba ponawiała atak. Wędka wygięła się
mocno, co ostatecznie uzmysłowiło Pawłowi, że to naprawdę spora sztuka. Zdołał w końcu
podholować ją do powierzchni. Pstrąg zaczął się mocno szarpać kilka razy wyskakując ponad
wodę. Był rzeczywiście duży, przynajmniej czterdziestocentymetrowy. Serce Pawła zabiło mocno. "Żeby tylko się nie odpiął, żeby się nie odpiął" - powtarzał w myślach, starając się jednak nie
holować zbyt siłowo.
    W końcu ryba znalazła się przy brzegu. Paweł chwycił ją wprawnym ruchem i wywindował na ziemię. Była piękna i gruba. Przynęta tkwiła mocno w dolnej wardze. Usunął ją szybkim ruchem
i zaczął rozglądać się w poszukiwaniu kija, którym mógłby zabić zdobycz. Pstrąg tymczasem
skoczył raz i drugi, obklejając sobie bok ziemią i zeschłymi liśćmi.
    Paweł spojrzał na niego, na jego srebrzysty bok pokryty wyraźnymi, czerwonymi kropkami, ciemnozielony, poczerniony grzbiet, pięknie wyprofilowany ogon i pysk. Wziął go w dłonie, uprzednio je zwilżywszy i włożył ostrożnie do wody. Nurt otoczył jego skórę chłodem, obmywając jednocześnie bok ryby. Pstrąg szarpnął się i wyrwał z dłoni. "Płyń rybo, płyń. Do zobaczenia." - rzekł za nim Paweł.
    W ciągu następnej godziny złowił jeszcze trzy małe sztuki. Dochodziła czwarta, gdy złożywszy uprzednio wędkę, wyspinał się na skarpę i ruszył na wskroś przez łąkę, w kierunku asfaltowej
drogi, wijącej się pomiędzy ozłoconymi polami pszenicy.
    Słońce nie dawało się już tak bardzo we znaki, choć było ciągle gorąco. W trawie cykały świerszcze, nad kwiatami bzyczały pszczoły i beczkowate trzmiele. Pachniało trawą i sianem. Gdy zbliżył się do drogi poczuł też zapach rozgrzanej smoły i spalin. Asfalt ciągle był gorący.
    Na drodze leżał srebrzysty kot. Jego ciałem wstrząsały drgawki. W pewnym momencie wyrzucił tylne łapy do góry i opadł na ziemię. Pysk zalewała mu krew. Znowu wierzgnął i opadł na bok. Przebierał łapami nie wiadomo czy w agonalnych skurczach mięśni, czy też starając się podnieść. Odpychał się tylnymi, ale przednie leżały bezwładnie, więc zamiast iść, kręcił się tylko wokół
głowy, zdzierając sobie skórę z pyszczka. Ogon kota nie przestawał drgać konwulsyjnie.
    Pawła przeniknął chłód. Odwrócił wzrok i powstrzymując nudności, przyspieszył kroku.
Kremowy, duży fiat znikał za zakrętem drogi.
Sum
- Trzymaj go pan! Nie dawaj mu luzu!
- Muruje skurczybyk. Ciągnij pan! Musisz go pan oderwać!
Wokół Krzyśka zebrało się już kilka osób. Każdy coś doradzał, każdy był fachowcem.
- Nie popuszczaj mu pan, bo się zapląta. Tam niżej w wodzie są druty.
- Jak mam nie popuszczać, jak żyłka nie wytrzymuje? - odparł Krzysiek, odkręcając trochę hamulec w kołowrotku. Obracająca się szpula głośno zaterkotała.
- A na jaką pan łowi? - spytał chudy, mocno opalony mężczyzna w wymiętej, kraciastej koszuli.
- Trzydziestka czwórka zdaje się.
- Eee tam, panie. Z taką pajęczyną to nie na sumy - skwitował chudzielec.
Brzeg rzeki był kamienisty. Trochę dalej od wody wznosiła się skarpa porośnięta wysoką trawą i pojedynczymi, karłowatymi wierzbami. Znał dobrze tę wodę. Lubił tu wędkować. Wiedział, gdzie w dnie są głębokie, na kilka metrów, rowy. Tam przebywały sumy. Często też wypływały na płytkie, piaszczyste łachy.
Ryba trochę osłabła. Zacisnął mocniej hamulec i próbował oderwać ją od dna. Ciężar był duży. Wędka wygięła się mocno, żyłka niebezpiecznie naprężyła. Liczył jednak, że zmuszony do walki z prądem sum szybko osłabnie.
- Ha, finezyjnego łowienia się panu zachciało - rzekł mężczyzna z gęstą, siwiejącą brodą, po której często się gładził. - Teraz się będziesz pan z nim bawił do usranej śmierci - dodał tonem zdradzającym , że zjadł już wszystkie rozumy w dziedzinie wędkarstwa.
Krzysiek spiningował dzisiaj od rana. Systematycznie obławiał znany mu odcinek rzeki. Często zmieniał przynętę i nieustannie obserwował wodę. Blisko południa stadka uklejek zaczęły zbierać się na płyciznach. Wtedy również sumy rozpoczęły żerowanie. Słychać było głośne pluski, gdy kilkukilogramowe cielska przewalały się pod powierzchnią. Przerażone ukleje rozpryskiwały się na wszystkie strony jak okruchy szkła z rozbijającej się szklanki. Nad wodą było wtedy, po za nim, jeszcze kilku wędkarzy. Wszyscy zbiegli się, gdy zobaczyli, że zaciął rybę.
- No, ruszył się wreszcie - zauważył wysoki, muskularny facet w bluzie i spodniach moro. Przy jego nogach siedział młody wilczur.
Istotnie, sum zaczął płynąć w stronę powierzchni.
Krzysiek próbował go pompować. Podciągał wędkę do pionu, po czym opuszczał prostopadle do ciała zwijając luźną żyłkę. Sum nie osłabł jednak na tyle, by poddać się bez walki. Uciekał teraz w dół rzeki.
- Nie daj mu pan! Trzymaj go, bo się zaplącze - krzyknął mu nad uchem chudzielec.
Nie odezwał się. Wiedział doskonale, że pięćdziesiąt metrów niżej, w nurcie, stoją zatopione druty zbrojeniowe. Ryba, która by tam wpłynęła byłaby stracona. Nie łowił jednak na linę holowniczą. Żyłka miała ograniczoną wytrzymałość. Osobiście nie lubił przesadnie grubych, utrudniały bowiem rzut. Z resztą, dla niektórych ryb każda jest za cienka.
- Trzymaj pan go, trzymaj! - krzyknął chudy.
Rzeczywiście nie miał wyboru. Ciągnął rybę najmocniej jak mógł, gdy żyłka napinała się do granicy wytrzymałości, popuszczał ją trochę.
- Nie ciągnij pan tak, bo się urwie - doradzał brodacz.
- Duże bydlę - skomentował właściciel psa.
Do zebranych zbliżył się korpulentny, niski staruszek.
- Widzisz Michasiu, pan ma dużą rybkę - tłumaczył kilkuletniemu chłopczykowi, którego prowadził za rękę.
Sum osłabł wyraźnie. Krzysiek wolno, ale systematycznie podciągał go do brzegu. Przypominało to holowanie metrowej beli drewna w szybkim nurcie. Ryba nie walczyła, mimo to stawiała ogromny opór.
- O, idzie! Dobra nasza! - klasnął w dłonie dziadziuś.
Brodacz spiorunował go wzrokiem.
- Nie mów pan hop. Zobaczy pan co będzie jak poczuje piach pod brzuchem.
Rzeczywiście, gdy ryba znalazła się na płyciźnie, ukazując zgromadzonym swój ciemny, masywny grzbiet, ożywiła się nagle. Woda jakby zawrzała, młócona jej potężnym ogonem. Sum szarpał się i miotał. Stres pozwolił mu wykrzesać ogromną dawkę energii. Pociągnął mocno żyłkę, tak silnie, że Krzysiek ledwo zdążył poluzować hamulec, i uciekł w toń.
- Dał mu pan odpłynąć, panie?! Ja już miałem lecieć po osękę, a pan mu dał odpłynąć - pieklił się facet w moro.
- Siedź pan cicho! Co to, pierwszy raz pan suma widzi, myśli pan, że to tak łatwo? - skarcił go brodacz.
- Ach, jaka piękna... Widziałeś Michasiu, jaka duża rybka? - staruszek zachwycał się jakby to on miał ją na wędce.
Krzysiek starał się puszczać większość komentarzy mimo uszu, ale stawało się to coraz trudniejsze. Gdy łowił, chciał być sam. Posiedzieć w ciszy i spokoju, słuchać szumu wody, czuć na skórze promienie słońca i chłodne dotknięcia wiatru. Łowiąc odpoczywał i relaksował się, nie pozostając przy tym bezczynnym. Tymczasem teraz miał za plecami mędrków, którzy zjedzą go żywcem jeśli straci rybę. Fachowców, z których każdy mówił co innego, a żaden nie dawał się skupić.
Facet w moro odszedł bez słowa. Wrócił po chwili niosąc osękę - kilkudziesięciocentymetrowy hak z korkową rękojeścią. Brodacz spojrzał na niego drwiąco.
Hol miał się ku końcowi. Sum znów znalazł się przy brzegu, tym razem już nie uciekał. Mężczyzna w moro zbliżył się do wody. Zamierzył się osęką, chcąc wbić ją rybie w głowę.
- Co pan robi?! - Krzysiek chwycił go za rękę.
Ten spojrzał na niego pytająco.
- Przecież to nie rekin - Krzysiek schylił się, by złapać rybę za dolną szczękę.
- Co pan?! - krzyknął brodacz - porani pana.
Rzeczywiście, skrzywił się czując jak drobne ząbki przebijają mu skórę. Wolał to jednak niż nadziać żywą rybę na hak. Sum był, jak można się było spodziewać, wielkim okazem. Wszyscy, z mieszanymi uczuciami, podziwu i zazdrości, przypatrywali się jego cielsku o marmurkowym, szarobrązowym ubarwieniu.
- Zmierz go pan - chudzielec podał Krzyśkowi metr.
W tym czasie facet w moro znowu odszedł na chwilę.
- No i ile? - spytał, wróciwszy.
- Metr dwadzieścia.
Morowiec gwizdnął z podziwem. Z kieszeni wyjął ręczną wagę.
- Zaczep go pan za skrzela - poradził dziadziuś.
- Za skrzela?! Przecież rozerwą się pod ciężarem. Jak pan wtedy wyprawi głowę? - sprzeciwił się brodacz.
Wydobył z kieszeni kawałek sznurka i począł obwiązywać nim ogon ryby.
- Daj pan spokój - rzekł Krzysiek - ryba się męczy. Odczepię ją i wypuszczę.
Wszyscy zamarli. Brodacz patrzył na niego jak na wariata. W końcu odezwał się:
- Chce go pan wypuścić? Oszalał pan?! Taka ryba! Każdy z nas marzy o takiej, a pan chce ją wypuścić?!
- Jeśli ją wypuszczę, to będzie ją pan mógł złowić w przyszłości i wtedy zabrać - Krzysiek uśmiechnął się krzywo, próbując rozładować atmosferę.
- Nie wygłupiaj się pan - brodacz zignorował go, wracając do przerwanej czynności.
Sum leżał bez ruchu. Oddychał wolno. Wyraz jego pyska do złudzenia przypominał uśmiech, lecz trudno było sądzić, że ryba miała powody do śmiechu, nawet gdyby to potrafiła.
Krzysiek czuł się nieswojo. Nie interesowały go żadne trofea, nie potrzebował kilkunastu kilogramów mięsa w lodówce, choćby nie wiadomo jak było smaczne. Wiedział jednak, że wypuszczenie ryby przyjdzie mu z wielkim trudem. Czuł na sobie spojrzenia tych wszystkich ludzi, dyszących rządzą krwi. Dla nich wypuszczenie ryby było czymś niewyobrażalnym, czynem, którego nawet nie brali pod rozwagę.
Brodacz z trudem podniósł, przywiązaną za ogon do wagi, rybę.
- Piętnaście i pół kilo - odczytał.
- Piętnaście i pół kilo, ale ryba, ale ryba - powtarzał półgłosem staruszek.
Sum był już uwolniony z więzów. Krzysiek schylił się, aby go podnieść i przenieść do wody.
- Jak pan go nie chce, to może ja bym go wziął? - zaproponował chudzielec.
Krzysiek spojrzał na niego. Zawahał się. Mężczyzna wyglądał na osobę, dla której taki prezent byłby sporą pomocą. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że ryba nie jest tylko górą mięsa, ale żywym stworzeniem. Brał to zawsze pod uwagę, nim zdecydował się zabrać ją do domu.
- Nie, proszę pana. To naprawdę piękny okaz, warto, żeby żył. Inaczej za kilka lat na sumy będziemy jeździć za granicę.
Przeniósł rybę do wody. Sum był mocno wycieńczony holem i zabiegami jakimi poddano go na brzegu. Chwilę leżał, filtrując wodę przez skrzela, potem wolno odpłynął.
- Eee, nawet zdjęcia pan nie zrobił - machnął ręką chudzielec.
Krzysiek opłukał ręce, wytarł o spodnie i wrócił do wędkowania. Tłumek wokół niego zaczął się rozchodzić.
- Dziadziusiu, dlaczego pan wypuścił rybkę? - spytał Michałek staruszka.
- Nie wiem Michasiu, nie wiem. Gdybyśmy my go złowili, to na pewno byśmy tak nie zrobili. Zaniosłoby się go babci, a ona to już by wiedziała jak go przyrządzić. - Staruszek oblizał się. - A tak wnusiu, to widzisz, zmarnowała się rybka i tyle.