jaskinia
wszystkie stałe są zmienne. słowa
wznoszą się na wielokrążkach myśli.
w piramidach, katedrach - jaskiniach.
pinakle i stalagmity są wymienne
ostre łuki i gotycka cięciwa
uczciwiej byłoby żywić się padliną
nie czekając aż uśmiechnie się do nas, wyżebrane,
wypolerowane chlebem, wyskrobane dno.
drzewa w aktach strzelistych. wniebowzięcia
ptaków. czepiamy się liści. zasypani
rdzawym szronem, świetlistym igliwiem.
nocą wyprowadzamy się z ciał. balansujemy
na czubku języka. słowa są tylko zapowiedzią
całkowitego milczenia.
język dwoisty
łyżką strawy mizernej jak krew honor matka ojczyzna
ratowaliśmy słowa tak słabe że umierały już w gardłach
chwiejąc się na wątłych anemonach myśli podczerwienią
róży zamiast lampy używając poza-widmowego światła
podejrzewając że noc jest większej sfery zaledwie źrenicą
wokół innej strefy pustym wątkiem zaplecionym w embrion
na krótkich wiosłach oddechu do świtu dobijając łódką
nagle przypominając sobie ogród który nigdy nie istniał
na nielegalny pobyt stworzyliśmy - ja i ty - zakończenie
nasz język dwoisty
stany skupienia
za zakrętem jeszcze jedno pole, nieruchome, jak wąska źrenica,
cienkie pnie jarzębin, które dzisiaj mogę objąć wyłącznie pamięcią.
ziemia była wtedy bardzo blisko. rozgrzebana patykiem bądź
aluminiową łyżką. przy całej błyskotliwości nie potrafiłem sobie
wyobrazić żeby mogła nie istnieć: bo, jaki ptak udźwignie niebo
na granicy wizji i świata ?
w świetle gwiazd rozproszonych w oficjalnym obiegu
nauczyłem się rzeczy niemożliwej - chodzenia po ziemi,
gdzie atomy gubią obręcze. we wszystkich stanach skupienia
wiersze układam, jak ciebie teraz, do snu.
ciemnia
na podstawie braków odtwarzam obraz świata - pokazy
atrakcyjnych śmierci drażnią - motywy przyszłych wpisów.
nadużycia języka.
gdy zieleń zbyt dosłownie tłoczy się aż do ostatniej frakcji
zagłusza sen pospieszny łoskot przesterowanych myśli.
skupione w ciemni na negatywach światło - przegrupowana w błękit
krew. w podziemnych korytarzach płynie budząc lęk pierwotny.
stęchłym wnętrzem bramy, podcieniem podwórka, śnieg
dzieci niosą na mojej głowy rozżarzony mosiądz.
mnie trzeba głęboko zasypać.
lampion
miasto rozsnuło się, rozlazło. zwiotczały fasady domów.
mrok włóczy wilgotne tynki podległymi peryferiami ulic.
wiatr szarpie skośnie, na odlew. nagły wektor pcha mnie
w ciasne wnętrze. pachnie drewnem i uległością. ciemno.
spa-ce-ru-ję czujnie po półkach. tomik. matowy i zimny.
w nim tlisz się mdławo, jak fosfor w chińskiej bibułce.
abażurowo widzę chwiejącą się w lampionie czerwień.
otwieram na krótką chwilę. osiemnasta. zamknięte.
wychodzę. deszcz zmywa wszelkie prawdopodobieństwo.
autobus śmierdzi motywem podróży i nudą. nie ma dobrych
motywów. zostały już tylko drobne, rysy i odbicia na szybach.
w środku też mokro. ścieram słowa. zalane ulice zygzaczą.
boję się zaprószeń serca.
ranny wiersz
nocą do ciebie przybiegłam boso z twarzą dziecka
żebyś nie musiał mnie szukać w próżni słów nieważkich
przecież biedna jak mysz kościelna a tylu robotników
najęłam: kości sześcienne drążą w oczach zmarłych
ziemię o którą przyjdzie mi się zaprzeć - bezwstydna
tak w ciebie wrosłam jak w paznokcie drzazgi
zgięta w łuk elektryczny ciałem litym z liter świecę
aż pod stopy odległe o morze tłukące w dno czaszki
gdzie ciche muszle słów zbierasz między atomami
które wzrokiem ważysz czy już jestem podobna
na prześcieradle kartki pojawiam się pierwsza
pomiędzy wierszami
dziecięca krucjata
kradnąc roślinom chlorofil żywimy się słońcem
z ust do ust przenoszonym - nieustanny przemyt
przez obce terytoria. przekopujemy horyzont
bezskutecznie - jak zwykle zamknięty ulicą.
nad Gorzkim jeziorem dominują zjawiska brzegowe:
puszczamy kaczki, bawimy się w rozszczepianie myśli.
jeszcze ożywiamy się pod skalpelem uśmiechu:
jakby go z róży wyświecił promień odległej kolonii gwiazd,
gdzie wciąż sprawdzane są listy naszych nieobecności.
mamo, nie martw się. jest nam tutaj dobrze.
w ciemnych celach wierszy spowiadamy się z zieleni.
ponuro, wilgotno
mały J. siedzi przy oknie. ćwiczy podzielność deszczu.
uważnie obserwuje nerwowe załamania wody. krople.
matka przełamuje chleb na kolację. w stągwi pływają ryby.
chłopiec bawi się trocinami. kreśli na podłodze znaki;
wymyśla nowy język wyjawiający istotę wszechrzeczy.
słowa staną się materią, czas absolutnym.
wieczorem pomoże ojcu strugać kołki. wkrótce
wyprą je gwoździe. nieuchronny postęp. słońca
przesuną się w nadfiolecie. wiosną powróci z emigracji.
mojej głowy.
linia ciągła
od kilku dni obsesyjnie przebiera palcami. szuka czegoś
na kołdrze. podnosi niewidzialne przedmioty. nieruchomieje.
poduszka wypchana liśćmi. owady roją się w głowie.
porozumiewawczo wskazuje matkę: "ładna dzierlatka,
jak tam nasze dzieci, mamy chłopca i dziewczynkę, prawda ?"
suchym językiem obraca drewniejącą mantrę. syczy,
wbita w lód, rozżarzona igła. w końcu wzywa Jezusa.
nie pojawia się. stoję najbliżej, w zielonym ubranku
uszytym z maminego płaszcza.
niczego nie wysiedzę przy oknie. nie wyśledzę.
nie przyjdzie stamtąd. wieczorem domy stoją mocniej.
podniesione letnim żarem, opadają. Idzie
przez stygnące powietrze. kamienie ostukuje laską,
zamieniając w takie, których nie potrafię podnieść.
chucham-dmucham, wieczór gaśnie. rysuję linie
i nie mogę przestać. stąd może wysiewać się obłęd.
format C
tylko nie pisz że za późno. nie wyrzucaj do zsypu.
słowa zapowiedzi nie oznaczają jeszcze końca.
jeszcze nie związał się czas z przypadkiem
nie spotkał z odrzuconym, nie położył na łopatki
trzeba rozplątać bawełnę. rozciąć koszulę cienką
aby mieć przędzę na bardziej odświętną
nie możesz sobie pozwolić wcisnąć. guzik.
z tego i tak nic nie będzie. enter