Operacja "Henryk I"
Siedział przy metalowym, poplamionym stole. Ostre
światło skierowane na jego twarz malowało upiorne cienie na brudnych
kafelkach pomieszczenia. Głos jego rozmówcy był spokojny, a oddech
miarowy.
- Panie Henryku, wyjaśnię panu, po co pan tu siedzi, ot
tak, żeby była jasność. Nie chciał pan rozmawiać z moimi
poprzednikami, ale ze mną pan porozmawia, ręczę panu - chowający się
za rażącym światłem mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Henryk nie
mógł tego widzieć, ale mimo to jego plecy przeszył dreszcz.
- Nie wątpię - odparł z braku lepszego pomysłu.
- Wojna już się
skończyła, niech to wreszcie do pana dotrze. Nic panu nie grozi.
Dlatego teraz, powolutku opowie nam pan wszystko, jasne?!
Henryk rzucił okiem na dwóch dryblasów stojących przy pokrytych od góry do
dołu obrzydliwymi zaciekami drzwiach. Zastanowił się chwilę,
wzruszył ramionami, odchrząknął i nachylił się w stronę lampy.
- A dostanę papierosa?
Zamiast odpowiedzi w jego stronę poturlał
się wypełniony tytoniem rulonik bez filtra. Henryk jak gdyby od
niechcenia włożył go do ust. Jeden ze stojących przy drzwiach
mężczyzn podpalił papierosa i wrócił na swoje miejsce.
Przesłuchiwany zaciągnął się i zaczął:
- Dobra. Nazywam się
Henryk Golder...
Wsparty bokiem o drzewo patrzyłem na
oddalony o jakieś dwieście metrów monumentalny budynek. Czułem się
jak na planie filmowym gotyckiego horroru. Deszcz silnie zacinał od
wschodu i mimo tymczasowego, leśnego schronienia moje ubranie
pochłonęło już wystarczającą ilość wody, by zwiększyć swój ciężar,
wywołując tym samym dyskomfort. Przede mną, pod zachmurzonym, nocnym
niebem, wznosił się zamek Wewelsburg. Nasz cel. Spojrzałem w bok i z
niemałym trudem dostrzegłem towarzyszy. Było nas ośmiu. Ośmiu ludzi
z SS. Przymknąłem oczy. Jak się tu znalazłem? Początek pamiętam jak
przez mgłę.
Niemiecki
pancernik "Schleswig Holstein"... Westerplatte...
Wojna...Komunikat w trzeszczącym i źle nastawionym radiu,
które i tak zresztą mało mnie obchodziło, jako iż przedkładałem
książki ponad wszystko. Boże, ileż ja wtedy czytałem.
Był
wrzesień, już w październiku dzięki zagranicznym wpływom moja
rodzina znalazła się w Anglii, a ja jako młody buntownik, wbrew woli
rodziców, zaciągnąłem się do wojska. Ciągnęła mnie przygoda i walka,
o których tak szeroko pisano w moich ulubionych książkach. Głupota.
To zadziwiające, że człowiek może wydorośleć i zmądrzeć w niecałe
dwa lata.
Otworzyłem oczy i
ponownie starałem się wypatrzyć kompanów. Ośmiu. Ja, Eliot, Winston,
James, Paulo, Edward, Olivier i Arthur. Każdy z nas miał powód, by
tu być. Pieniądze, awans, rozkaz, chęć powrotu do domu, śmierć.
Każdy czegoś oczekiwał po tej akcji. Wszyscy czekaliśmy. Zmrużyłem
oczy, by ochronić je przed wodnymi pociskami posyłanymi prosto z
nieba. Znów napłynęły wspomnienia.
Wysłano mnie na front w oddziale ochotników. Moi towarzysze broni
wykazywali równie wielki entuzjazm, co ja. Śpiew i śmiech wypełniały
wnętrze ciężarówki, którą przemierzaliśmy kolejne kilometry. Nie
dość, że mogliśmy skopać kilka szwabskich tyłków, to jeszcze nam za
to płacili. Radość jednak niedługo utrzymała się w szeregach,
następnego dnia wszystko się zmieniło.
Kurrrrrwaaaaa... Z
lewej... Z prawej... Są wszędzie... Pierdolone szwabskie nasienie...
Macie sukinsyny... Wpierdalajcie ołów mordercy....Słyszałem
głos Richarda, wszyscy go słyszeliśmy. Kilka minut temu głowa jego
brata zmniejszyła o połowę swoją objętość. Richard złapał za karabin
i strzelał na oślep, nierozmyślnie wychylając się ponad linie okopu.
Nie umieliśmy go powstrzymać, a on dosłownie tracił rozum na naszych
oczach. Siedziałem obok Leonarda Scotta, którego poznałem już w
punkcie rekrutacyjnym. Lubiłem go, nawet bardzo. Niemcy wymordowali
mu rodzinę, on jedyny przeżył. Miał jeden cel - umrzeć, ale przed
tym w ramach zemsty zabić tylu Niemców, ilu tylko zdoła. Obydwaj z
przerażeniem patrzyliśmy na wyczyny naszego towarzysza, któremu za
chwilę miały skończyć się naboje w drugim już karabinie. Niemcy
nieustannie ostrzeliwali nas z okien trzypiętrowego budynku i z
ustawionego na parterze CKM'u. Wtedy nadszedł moment, który
zadecydował o moim losie.
Karabin Richarda zaciął się, ogarnięty
szałem bitewnym pochwycił nóż i wyskoczywszy z okopu, rzucił się
pędem w stronę Niemców, wydając przy tym nieludzki krzyk. Nasi
przeciwnicy wstrzymali ogień, przez chwilę powietrze wypełniał nie
zagłuszony wystrzałami dziki wrzask naszego towarzysza. szwaby
pozwoliły mu podejść na odległość pięciu metrów, a potem otworzyły
ogień z CKM'u, rozrywając ciało Richarda na strzępy. Czułem ten
podmuch na twarzy. Wtedy do mnie dotarło. To się działo naprawdę.
Podpisując dokumenty o zaciąg do ochotniczego oddziału, wydaliśmy na
siebie wyrok.
Kakofonia wystrzałów ponownie przeszyła niebo, nasi
strzelali do nich, oni do nas.
- Zajdziemy ich z boku - wrzasnął
Leonardo i pociągnął mnie za sobą. Przemknęliśmy okopami w prawo, a
potem w las okalający polanę. Kiedy dotarliśmy do miejsca, które
było poza zasięgiem CKM'u, podjęliśmy najgłupszą decyzję w naszym
życiu.
Od zarośli, w których staliśmy, do budynku było około
dwudziestu metrów. Okna były obstawione, ale zdawało nam się, że
główna siła ognia skierowana jest w stronę okopu. Pięć metrów od
bocznej ściany domu wznosiło się ogromne drzewo, Leo wskazał je, a
następnie zaczął czołgać się w jego kierunku. Zrozumiałem i
podążyłem za nim. Na szczęście trawa była wysoka, a ktoś tam w
"górze" bardzo nas lubił, bo żadne niemieckie oko nie wychwyciło
naszego posunięcia. Dotarliśmy pod drzewo.
- Masz granaty? -
spytał.
- Dwa.
- Daj jeden.
Dałem.
- Chcesz CKM czy
piętro?
- Kosiara jest moja - odparłem.
Sam nie wiem skąd nagle
wstąpiło we mnie tyle odwagi. Może to te książki? Może...
- No to
jazda!
Spojrzałem po oknach. Nic. Przebiegłem szybko pięć metrów
i przywarłem plecami do ściany budynku. Powoli skradałem się do
rogu. Leo wciąż obserwował górę. Kiedy byłem już na miejscu dałem mu
znak. Odbezpieczyliśmy granaty. On rzucił swój w okno drugiego
piętra, ja wychyliłem się i podrzuciłem swój w górę tak, że lecąc po
łuku trafił idealnie w gniazdo CKM'u. Podwójny huk przeszył niebo.
Szkło posypało się z góry, a odłamki cegieł deszczem spadały
dookoła. Reszta była tylko chwilą. Wyczułem paniczną bieganinę w
środku. Ogień Niemców załamał się, a nasi wybiegli z okopów i
rozpoczęli szturm.
- Do środka - wrzasnął Leonardo.
Dobiegliśmy
do okna na parterze, Leo wsadził karabin do środka i ruszając ręką w
nadgarstku, wystrzelił cały magazynek. Kilka ciał padło na podłogę.
Podałem mu swojego Mk 2, a sam wyciągnąłem ViS'a, prezent od
dziadka, który jako jedyny rozumiał moją decyzję. Polski, dobry
pistolet. Nie zawiedzie cię - mówił.
Wkroczyliśmy do budynku,
parter był czysty, lecz z góry nadal dochodziły strzały. Przyparci
do ściany przesuwaliśmy się powoli po drewnianych schodach, broń
mając ciągle w pogotowiu skierowaną lufami ku górze. Dotarliśmy na
piętro. Niemcy pruli z okien, nie zauważając naszej obecności. Teraz
ja przejąłem inicjatywę. Strzeliłem do najbliższego szwaba, dając
tym samym znak do natarcia. Trafiłem w ramię. Poprawiłem dwoma
kulkami i ruszyłem do przodu. Scott stanął po mojej lewej stronie.
Obracając się w przeciwnych do siebie kierunkach, strzelaliśmy do
zdezorientowanych Niemców. Wybiliśmy wszystkich. Leo podniósł dwa
niemieckie karabiny i otworzył ogień w stronę drzwi następnego
pokoju, skąd wybiegali już kolejni naziści. Ja, również korzystając z
broni przeciwnika, obstawiłem schody. Nikt nie nadchodził. Obróciłem
się, by zobaczyć jak radzi sobie Leonardo. Obraz, który ukazał się
mym oczom, wstrzymał na chwile pracę serca. Czas zwolnił bieg. Nieco
za moim kompanem stał niemiecki oficer, celując do niego z
pistoletu. Zapewne, gdy strzelaliśmy, rzucił się na ziemię,
symulując zgon. Machinalnie pociągnąłem za spust ViS'a.
Kula
świsnęła ocierając się o udo Leonarda i trafiając w kolano Niemca.
Leo odruchowo schylił się z bólu. Uratowało mu to życie, gdyż kula
przeznaczona dla niego wbiła się w ścianę. Mój kompan zachował
zimną krew, wyciągnął nóż i wbił go oficerowi w krocze. Gdy ten z
krzykiem pochylił się do przodu, złapał go za ubranie i przyciągnął
do swojej twarzy. Dzieliło ich kilka centymetrów. Scott przyłożył mu
do głowy pistolet i strzelił.
- To za moją matkę - powiedział
spokojnie i splunął krwią na ciało szwaba, którego identyfikacja nie
była już możliwa.
Usłyszałem za sobą stacatto ciężkich wojskowych
butów. Wycelowałem pistolet w stronę dźwięku. Na szczęście to byli
nasi. Szybko oczyścili resztę pięter. Ja pomogłem wstać umazanemu
krwią Leonardowi.
- Mogłeś uważać.
- Celowałem w jego głowę -
odparłem z uśmiechem.
Jakiś czas później podszedł do nas dowódca.
Poklepał nas po plecach i powiedział:
- No chłopaki, będzie
awans.
Nienawidzę takiego pierdolenia, ale właśnie od tych słów
wszystko się zaczęło. Faktycznie awansowaliśmy i rozesłano nas do
różnych jednostek. Potem dowiedziałem się, że Leo zginął podczas
lądowania w Norwegii. Ja zaś, Bóg mi świadkiem, że nie wiem, co we
mnie wstąpiło, przeprowadziłem kilka kolejnych samobójczych akcji i
dzięki temu zostałem zwerbowany do SS, jak żartobliwie nazywaliśmy
brytyjski wywiad Secret Service.
Było mi tam dobrze, czułem się
wyśmienicie w specjalnej komórce agencji wywiadowczej przepełnionej
podobnymi do mnie pomyleńcami. Szkolono nas. Posyłano na akcje.
Dobrze opłacano. Czas upływał, a we mnie z niewiadomych powodów
zaczynało coś narastać, coś paliło mnie w środku, krzyczało. W końcu
pękło, a mój świat obrócił się o sto osiemdziesiąt
stopni.
Podczas jednej z lipcowych akcji obezwładniłem i
powaliłem na kolana niemieckiego porucznika, którego dom
przeszukiwaliśmy. Przyłożyłem mu pistolet do skroni i popatrzyłem
prosto w oczy. Ujrzałem zrezygnowanie. Nie strach, nie zawziętość,
lecz totalną obojętność i rezygnację. Zapytałem, czy ma jakieś
życzenie przed śmiercią.
- Tak - odparł łamaną angielszczyzną -
obejdźcie się z moją żoną delikatnie i nie pozwólcie patrzeć na to
synowi.
Szok. To słowo chyba najpełniej oddawało mój stan.
Spodziewałem się zupełnie innej odpowiedzi. Deutschland über alles
albo Führer main Gott. Odepchnąłem go i odwróciłem się. Jego rodzina
stała obok wielkiej, dębowej szafy ustawionej w rogu pokoju.
Patrzyli na mnie. Pierwszy raz dostrzegłem w nich ludzi, nie
zwierzęta żądne krwi, lecz ludzkie istoty. I wtedy dotarło do mnie z
ogromną siłą, kim jestem. Kim jestem w ich oczach. Jestem
zwierzęciem, żądną krwi bestią. Agresorem.
Mój partner wszedł do
pokoju, trzymając w ręku grubą teczkę.
- Szwabski kutas -
powiedział i strzelił klęczącemu prosto w twarz.
Czas zwolnił
bieg, tak jak wtedy kiedy ujrzałem owego oficera. Widziałem, jak syn
pada na ziemię wrzeszcząc i zalewajac się łzami, jak matka
wymiotuje, jak obydwoje patrzą na nas z nienawiścią. Agresja rodzi
agresję. Wybiegłem z domu. Moja wewnętrzna, moralna bariera
pękła.
Zapadłem w psychiczną niszę. Miałem dość tej wojny,
chciałem wracać. Ponadto z listów od matki dowiedziałem się, że moja
młodsza siostra ciężko zachorowała. Teraz byłem już pewien, nie
chciałem - ja musiałem wracać do domu. Umożliwić mi to miała
operacja "Henryk I", moja ostatnia
misja.
Coś poruszyło się w
pobliskich zaroślach, wybudzając mnie z głębokiego zamyślenia.
Arthur opuścił swoje stanowisko. Pewnie poszedł się odlać. Obraz,
który teraz telepał się w mojej głowie, był stosunkowo świeży. Sala
strategiczna.
Operacja "Henryk I". Miejsce - zamek Wewelsburg.
Cel...- To może pan pominąć - powiedział oschle - znamy
szczegółowy plan operacji.
Na moment zapadła cisza. Potem skryty
za oślepiającym światłem mężczyzna zaczął ciągnąć dalej. Chcąc
podkreślić swoją nonszalancję i sarkazm mówił jak gdyby od
niechcenia, przeciągając końcówki zdań i starając się zachować
obojętny ton.
- Zrzut spadochronowy. Dostanie się w okolice
zamku. Wdarcie do środka podziemnymi tunelami. Kradzież dokumentów
dotyczących Wunderwaffe zawierających dokumentacje projektu "Die
Glocke". Zabicie Heinricha Himmlera i ucieczka. Zgadza się?
- W
największym skrócie - tak.
- Czy jest coś jeszcze o czym
powinniśmy wiedzieć?
- Owszem. Domyślam się, że owe akta otrzymał
pan od swego poprzednika, jedynego zresztą, z którym miałem ochotę
rozmawiać. Jest jednak wiele rzeczy, których w nich nie ma, bo być
nie mogło.
- Mianowicie?
- Zamek Wewelsburg, położony w
okolicy Paderborn w Westfalii, stał się miejscem kultu siły i
aryjskiej wszechwładzy. Większość dostojników partyjnych III Rzeszy
rozkochanych było we wszelkiego typu okultystycznych praktykach i
należało do wielu tajnych stowarzyszeń, między innymi Thule, Bractwo
Wiary Germańskiej czy Towarzystwo Wotańskie. Właśnie takim
stowarzyszeniom i związkom Adolf Hitler zawdzięcza swoja pozycję,
podobnie jak Hess, Bormann i Himmler. Potrzebne więc było miejsce, w
którym możliwe byłoby prowadzenie mistycznych działalności. Zajął
się tym Heinrich Himmler. Jego polityka, praca i założenia
podporządkowane były tajemniczym, nieracjonalnym wydawałoby się
praktykom. On sam był święcie przekonany, że jest reinkarnacją
germańskiego króla Henryka I. Na stolicę nazistowskiego mistycyzmu
wybrano właśnie zamek Wewelsburg. W 1934 roku SS wydzierżawiło ten
obiekt i rozpoczęło prace adaptacyjne pod okiem Karla Marii
Wiliguta. Zamek miał być przebudowany na siedzibę "apostołów" SS.
Zaprojektowano go tak, by przypominał siedzibę rycerzy legendarnego
króla Artura - zamek Camelot. Specjalnie przygotowane sale miały
służyć wybranym - elicie SS - Gruppenführerom. Dwunastu z nich miało
stanowić święty krąg na wzór owych rycerzy. Każdy z członków tej
grupy posiadał na zamku własny pokój oraz specjalnie przygotowany
herb. Styl w jakim zaprojektowano ich pomieszczenia wraz ze znakiem
herbowym odpowiadał okresowi historycznemu z jakiego pochodziła
reinkarnacja Gruppenführera. Spotkania grupy odbywały się w ogromnej
sali zlokalizowanej w Północnej Wieży, pod którą w specjalnej
krypcie miały spocząć w swoim czasie prochy "kapłanów" SS. W środku
krypty płonął święty ogień, a w okręgu znajdowały się piedestały
oczekujące na urny z prochami mistycznej dwunastki. Każdy z nich
otrzymywał za życia pierścień z trupią główką, który po śmierci
właściciela wracał do SS.
Zdobycie tych informacji było wielkim
osiągnięciem Secret Service. Dodatkowo nasz informator doniósł, że
na przełomie października i listopada nadarzy się okazja do rewanżu
za "Sprawę Venlo" i zdobycia teczki zawierającej tajemnice
enigmatycznego projektu "Die Glocke". Wkrótce jego donos został
potwierdzony. Trzeciego listopada w zamku miało się odbyć
zgromadzenie. Po jego zakończeniu dostojnicy Rzeszy mieli opuścić
zamek. Wszyscy prócz Himmlera, który według doniesień oczekiwał tam
przybycia Goeringa oraz samego Hitlera. Z racji konieczności eskorty
uczestników spirytystycznego zebrania, na jedną noc Himmler, a wraz
z nim posiadane przez niego dokumenty, miał być słabiej chroniony.
Ten moment mieliśmy wykorzystać. Dzięki porwaniu jednego z
inżynierów zatrudnianych przy budowie zdobyliśmy plany budynku.
Wszystko było przygotowane i zaplanowane, lecz mimo to wykonanie
owej misji nadal graniczyło z cudem. Dlatego wybrano najlepszych.
Wybrano nas.
- Ciekawe - w jego głosie nastąpiła zmiana.
Wyczuwalne było zdziwienie, spowodowane zapewne ilością informacji
jaka wypłynęła z ust przesłuchiwanego.
- Proszę kontynuować -
dodał po chwili.
Henryk popatrzył na dym, który lekko i swobodnie
unosił się nad lampą. Podrapał się po trzydniowym zaroście,
odchrząkną i rzekł:
- Kiedy wybiła północ ruszyliśmy do
akcji.
Nasz dowódca Paul Ricco dał znak. Wiedzieliśmy co
robić. Zbiegliśmy z małego pagórka i zaczęliśmy się przemieszczać
lasem, wzdłuż drogi. Jakiś warkot. Paul uniósł, a następnie opuścił
rękę, padliśmy na ziemię. Wyciągnąłem lekko głowę ponad krzaki i
natychmiast dostrzegłem źródło owego hałasu - dwa opancerzone wozy
typu SdKfz 222 zaopatrzone w dwucentymetrowe działko zmierzały ku
bramie, która obustronnie zabudowana była solidnymi budkami
strażniczymi. Kiedy pojazdy znalazły się w bezpiecznej odległości
ruszyliśmy dalej. Las był gęsty, deszcz nadal padał, a zachmurzone,
nocne niebo przysłaniało jedyne źródło światła jakim mógł być wtedy
księżyc. Dziesięć minut później dotarliśmy do zarośniętej ścieżki.
Na jej końcu miało znajdować się wejście do tuneli. Rozproszyliśmy
się dookoła i zaczęliśmy wolno posuwać się naprzód zgodnie z jej
kierunkiem. Nagle za swoimi placami usłyszałem gruby głos:
- Ja,
das stimmt.
Odpowiedział mu głęboki śmiech. Obróciłem się. W
naszą stronę zmierzał dwuosobowy patrol. Po chwili jeden z Niemców
najwyraźniej wypatrzył coś po prawej stornie ścieżki, gdyż zatrzymał
się i złapał za karabin.
- Was ist das? Haende hoch!
Nie
mogliśmy czekać ani chwili dłużej. Zaistniały problem trzeba było
usunąć szybko i bezszelestnie. Zza pleców pierwszego z żołnierzy
wyrósł niczym duch Winston wbijając nogę w zgięcie jego kolana. Gdy
szwab, straciwszy równowagę klęknął, Winston jednym szybkim ruchem
skręcił mu kark. W tym samym momencie Edward poderżnął gardło
drugiemu żołnierzowi swoim niezawodnym, długim bagnetem. Zaciągnęli
ciała w zarośla i prowizorycznie przysypali liśćmi. Mieliśmy
niewiele czasu, trzeba było się śpieszyć. Za niecałą godzinę odkryją
brak dwójki ludzi i rozpoczną poszukiwania. Ruszyliśmy
biegiem.
Dotarcie do celu i wejście do tuneli zajęło nam około
dwudziestu minut. Nasz informator nie zawiódł, a plany były
dokładne. Po drodze zdjęliśmy mokre ubrania i przygotowaliśmy broń.
Akcja opracowywana była prawie dwa miesiące. Każdy znał jej plan na
pamięć. Tunel kończył się sekretnym przejściem, co więcej -
prowadziło ono do komnaty samego Himmlera. Odbezpieczyliśmy broń i
na komendę wkroczyliśmy do środka.
Jeden po drugim wbiegaliśmy
do pomieszczenia. Jednakże ku naszemu zdziwieniu nie była to mała
komnatka, a ogromna sala w kształcie koła. Podniosłem wzrok, wodząc
po okalającym to miejsce półokrągłym balkonie, który zdawał się
osaczać nas i zamykać w potrzasku. Tak też było w istocie. Niemcy,
mnóstwo Niemców rozstawionych z wycelowanymi w nas Mauserami.
Spojrzeliśmy za siebie. Tajemne drzwi zatrzasnęły się,
uniemożliwiając odwrót. Oszukano nas. To była pułapka.
-
Panowie, śmierć przy waszym boku będzie dla mnie zaszczytem -
powiedział Paul głosem tak spokojnym, jakby nic się nie stało.
-
Jeszcze żyjemy!- wrzasnął Eliot i otworzył ogień.
To była rzeź.
Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co dokładnie się stało. Pamiętam
jedynie, że odruchowo rzuciłem się w bok, strzelając na oślep. Nim
dobiegłem do drzwi karabin wydał z siebie tępy dźwięk sygnalizujący
koniec amunicji. Odrzuciłem go i z całych sił naparłem na drzwi.
Puściły z zawiasów, a ja padłem wraz z nimi. Przeturlałem się i
uniosłem na jedno kolano, pistolet dzierżąc już w prawej ręce.
Znalazłem się w długim korytarzu, oświetlonym jedynie kilkoma
ściennymi lampami. Dudnienie. Zbliżali się. Ruszyłem pędem i
skręciłem w lewo. Spojrzałem za siebie. Dwóch. Podskoczyłem,
obracając się w powietrzu i wystrzeliłem. Trafiłem pierwszego z
nich, drugiego sięgnąłem, leżąc już na plecach. Zerwałem się na
równe nogi i pobiegłem dalej. Kątem oka dostrzegłem Niemca kryjącego
się we wnęce prawej ściany. Przerzuciłem niezawodnego ViS'a do lewej
ręki, w drugiej zaś zabłysnął nóż. Kiedy tylko się wychylił, zacząłem
ostrzeliwać róg prowizorycznego schronienia, uniemożliwiając mu tym
samym ruszenie się z miejsca. Przerwałem dopiero, gdy znalazłem się
przy nim i nie przerywając biegu, bez namysłu wbiłem ostrze w samą
szyję przyczajonego zabójcy. Na końcu korytarza pojawiło się
kolejnych dwóch szwabów. Wystrzeliłem w nich resztę magazynka i
przywarłem do ściany. Miałem chwilę, by obejrzeć otoczenie. Bogato
zdobione wnętrze nie dziwiło mnie zbytnio. Starałem się raczej
wypatrzyć coś, co mogło posłużyć mi za broń. Czy to za sprawą
zwykłego łutu szczęścia czy też jakiejś tajemniej opatrzności kilka
metrów dalej na ścianie wisiały dwa średniowieczne, jednoręczne
miecze. Wiedziałem, że zginę tam, w murach tego posępnego zamku, ale
przypomniał mi się Leonardo, który, straciwszy wszystko, postanowił
zawierzyć swój los chęci zemsty. Ja postanowiłem oddać się Bogu,
jego łasce, a może po prostu losowi. Wziąłem głęboki oddech i w
dwóch skokach znalazłem się przy broni, złapałem za miecz. Okazja do
jego wypróbowania nadarzyła się od razu. Pierwszy napastnik, jaki
wychylił się zza zakrętu, stracił głowę. Drugiemu złamałem nos
rękojeścią, a następnie, zataczając nad głową koło, ciąłem w pasie.
Krew tryskała obficie, zaklejając mi oczy. Przetarłem je ręką. Nagle
wyczułem jakiś ruch za moimi placami, odwróciłem się. Pamiętam tylko
twarz umundurowanego, nieogolonego człowieka. Mój świat spowił
mrok...
- Niestety przeżyłem, po długotrwałych torturach
mających na celu uzyskanie informacji zostałem wysłany do obozu
pracy KL Niederhagen, położonego niedaleko Wewelsburga. Trzymano tam
ludzi, którzy byli wykorzystywani do prac przy przemodelowaniu
zamku. Każdego dnia modliłem się, by móc znów zobaczyć rodzinę,
często myślałem o samobójstwie. Wraz z innymi więźniami III Rzeszy
zostałem uwolniony pod koniec 1945 roku. Jednak powrót do domu
sprawił, że znów pomyślałem o odebraniu sobie życia. O mojej
rodzinie słuch zaginął. Nikt nie miał pojęcia gdzie są, nikt nic nie
wiedział. Po nieudanym targnięciu się na życie, zgarnęły mnie wasze
macki i tak znalazłem się tutaj.
Po jego słowach nastąpiło
dłuższe milczenie.
- Dziękuję, myślę, że na dziś wystarczy. Moi
san... - przerwał w połowie słowa i głośno wypuścił powietrze nosem-
Moi ludzie odprowadzą pana.
Kiedy dwóch dryblasów wyprowadziło
Henryka, w drzwiach sali pojawiła się nowa osoba.
- Gratuluję
sukcesu, Golder otworzył się całkowicie. Jak pan to zrobił, panie
Starzewski?
- Po pierwsze, mów mi Krzysztof - odparł, zbliżając się
do nowoprzybyłego - a po drugie - wcale nie było to takie trudne.
Wystarczyło znać tylko kilka faktów z jego życia i już jest
nasz.
- Mianowicie?
- Powiedz mi Kamilu, dlaczego tak bardzo
interesuje cię ta sprawa?
- Ponieważ nikomu prócz ciebie nie
udało się wyciągnąć od Goldera ani grama informacji, a ja lubię
uczyć się od najlepszych.
Krzysztof przypatrzył się uważnie i
ruszył wzdłuż ciasnego, acz dobrze oświetlonego korytarza, którego
jedna ze ścian całkowicie pokryta była oknami.
- Co chcesz
wiedzieć?
- Czego się dowiedziałeś i jaki był twój klucz do
sukcesu.
- Kluczem było stworzenie mu warunków. Musiały mu one
odpowiadać, musiał czuć się w nich dobrze, wręcz swobodnie.
- I
stąd ta cała mistyfikacja?
- Tak - odparł Starzewski przypinając
do swojego ubrania identyfikator ordynatora Oddziału
Psychiatrycznego w Elblągu i dodał po chwili:
- Jego rodzina
zginęła roku temu w wypadku samochodowym, wielokrotnie próbował
odebrać sobie życie, ale na szczęście z mizernym skutkiem.
-
Wtedy trafił do nas?
- Zgadza się. Jego wielkim zainteresowaniem
od pierwszej klasy liceum były dzieje II wojny światowej, pewnie
stąd taki a nie inny świat obrał sobie jego chory umysł za
schronienie.
- A te akta? Skąd je miałeś?
- Sam je napisał i
oddał doktorowi Kuzebie.
- Myślisz, że teraz będzie można mu
jakoś pomóc?
- To ciężki przypadek, ale mamy XXI wiek - nie ma
rzeczy niemożliwych - odrzekł z uśmiechem.
- Hmm... Pewnie masz
rację. A tak, abstrahując od sprawy Goldera, słyszałeś ten dowcip o
inspekcji?
- Nie.
- Do szpitala psychiatrycznego przyjeżdża
inspekcja w celu zweryfikowania stanu pacjentów. Pytają pierwszego:
Ile jest dwa razy dwa? Osiemset - odpowiada. Zadają to pytanie
drugiemu. Piątek - odpowiada. Ze zrezygnowaniem w głosie zapytują
trzeciego. Cztery - odpowiada. Zaskoczeni inspektorzy pytają: Jak do
tego doszedłeś? Podzieliłem osiemset przez piątek.
Krzysztof
uśmiechnął się szeroko, ale raczej było to grzecznościowe
dopełnienie formy, aniżeli szczera reakcja na dowcip.
- Ponoć z
dowcipów o wariatach można by stworzyć wizerunek niejednego
normalnego człowieka - rzekł w zamyśleniu.
- Może...
Chwilę
szli w milczeniu, wypełniając pusty korytarz cichym odgłosem równych
kroków. Kiedy dotarli do gabinetu Starzewskiego, ordynator odezwał
się pierwszy:
- Tu się pożegnamy, do zobaczenia jutro.
- Do
widzenia.
Krzysztof wszedł do pokoju i ciężko zapadł w fotel,
ceremonialnie wypuszczając powietrze z płuc. Siedział przez moment
wpatrzony w sufit, po czym sięgnął po zaczętą wcześniej książkę
Edwarda Gibbona. Otworzył ją na losowo wybranej stronie, uważał to
za swoje małe wariactwo - czytanie książek, poczynając od dowolnej
strony. Założył okulary i zaczął czytać.
W rzeczy samej
historia to niewiele więcej niż spis zbrodni, szaleństw i nieszczęść
ludzkości...