Strona główna

* Konkurs Literacki *

Statut

Działalność

Członkowie

Utwory:

Urszula Baczyńska-Śleziak
Ryszard Będkowski
Joanna Brychcy
>>> Robert Forreiter
Paulina Goliszewska
Karolina Kasperek
Ewa Bożena Kwiecień
Janina Laskowska-Mróz
Tomasz Lippoman
Agnieszka Mazur
Berenika Michnik
Urszula Stępień
Michał Stolarczyk
Katarzyna Szeja
Marta Szuba
Elżbieta Tomaś
Karolina Tórz
Anna Wojciechowska
Julia Zadrożna
Dariusz Zejc
Hanna Zielińska
Edyta Żyrek

Biblioteka

Na WeSoŁo :)

Linki

Współpraca

Mapa strony

Kontakt

osób odwiedziło
nas od 1.06.2004




UTWORY ROBERTA FORREITERA





Robert Forreiter

Operacja "Henryk I"


Siedział przy metalowym, poplamionym stole. Ostre światło skierowane na jego twarz malowało upiorne cienie na brudnych kafelkach pomieszczenia. Głos jego rozmówcy był spokojny, a oddech miarowy.
- Panie Henryku, wyjaśnię panu, po co pan tu siedzi, ot tak, żeby była jasność. Nie chciał pan rozmawiać z moimi poprzednikami, ale ze mną pan porozmawia, ręczę panu - chowający się za rażącym światłem mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Henryk nie mógł tego widzieć, ale mimo to jego plecy przeszył dreszcz.
- Nie wątpię - odparł z braku lepszego pomysłu.
- Wojna już się skończyła, niech to wreszcie do pana dotrze. Nic panu nie grozi. Dlatego teraz, powolutku opowie nam pan wszystko, jasne?!
Henryk rzucił okiem na dwóch dryblasów stojących przy pokrytych od góry do dołu obrzydliwymi zaciekami drzwiach. Zastanowił się chwilę, wzruszył ramionami, odchrząknął i nachylił się w stronę lampy.
- A dostanę papierosa?
Zamiast odpowiedzi w jego stronę poturlał się wypełniony tytoniem rulonik bez filtra. Henryk jak gdyby od niechcenia włożył go do ust. Jeden ze stojących przy drzwiach mężczyzn podpalił papierosa i wrócił na swoje miejsce. Przesłuchiwany zaciągnął się i zaczął:
- Dobra. Nazywam się Henryk Golder...

Wsparty bokiem o drzewo patrzyłem na oddalony o jakieś dwieście metrów monumentalny budynek. Czułem się jak na planie filmowym gotyckiego horroru. Deszcz silnie zacinał od wschodu i mimo tymczasowego, leśnego schronienia moje ubranie pochłonęło już wystarczającą ilość wody, by zwiększyć swój ciężar, wywołując tym samym dyskomfort. Przede mną, pod zachmurzonym, nocnym niebem, wznosił się zamek Wewelsburg. Nasz cel. Spojrzałem w bok i z niemałym trudem dostrzegłem towarzyszy. Było nas ośmiu. Ośmiu ludzi z SS. Przymknąłem oczy. Jak się tu znalazłem? Początek pamiętam jak przez mgłę.
Niemiecki pancernik "Schleswig Holstein"... Westerplatte... Wojna...
Komunikat w trzeszczącym i źle nastawionym radiu, które i tak zresztą mało mnie obchodziło, jako iż przedkładałem książki ponad wszystko. Boże, ileż ja wtedy czytałem.
Był wrzesień, już w październiku dzięki zagranicznym wpływom moja rodzina znalazła się w Anglii, a ja jako młody buntownik, wbrew woli rodziców, zaciągnąłem się do wojska. Ciągnęła mnie przygoda i walka, o których tak szeroko pisano w moich ulubionych książkach. Głupota. To zadziwiające, że człowiek może wydorośleć i zmądrzeć w niecałe dwa lata.
Otworzyłem oczy i ponownie starałem się wypatrzyć kompanów. Ośmiu. Ja, Eliot, Winston, James, Paulo, Edward, Olivier i Arthur. Każdy z nas miał powód, by tu być. Pieniądze, awans, rozkaz, chęć powrotu do domu, śmierć. Każdy czegoś oczekiwał po tej akcji. Wszyscy czekaliśmy. Zmrużyłem oczy, by ochronić je przed wodnymi pociskami posyłanymi prosto z nieba. Znów napłynęły wspomnienia.
Wysłano mnie na front w oddziale ochotników. Moi towarzysze broni wykazywali równie wielki entuzjazm, co ja. Śpiew i śmiech wypełniały wnętrze ciężarówki, którą przemierzaliśmy kolejne kilometry. Nie dość, że mogliśmy skopać kilka szwabskich tyłków, to jeszcze nam za to płacili. Radość jednak niedługo utrzymała się w szeregach, następnego dnia wszystko się zmieniło.
Kurrrrrwaaaaa... Z lewej... Z prawej... Są wszędzie... Pierdolone szwabskie nasienie... Macie sukinsyny... Wpierdalajcie ołów mordercy....
Słyszałem głos Richarda, wszyscy go słyszeliśmy. Kilka minut temu głowa jego brata zmniejszyła o połowę swoją objętość. Richard złapał za karabin i strzelał na oślep, nierozmyślnie wychylając się ponad linie okopu. Nie umieliśmy go powstrzymać, a on dosłownie tracił rozum na naszych oczach. Siedziałem obok Leonarda Scotta, którego poznałem już w punkcie rekrutacyjnym. Lubiłem go, nawet bardzo. Niemcy wymordowali mu rodzinę, on jedyny przeżył. Miał jeden cel - umrzeć, ale przed tym w ramach zemsty zabić tylu Niemców, ilu tylko zdoła. Obydwaj z przerażeniem patrzyliśmy na wyczyny naszego towarzysza, któremu za chwilę miały skończyć się naboje w drugim już karabinie. Niemcy nieustannie ostrzeliwali nas z okien trzypiętrowego budynku i z ustawionego na parterze CKM'u. Wtedy nadszedł moment, który zadecydował o moim losie.
Karabin Richarda zaciął się, ogarnięty szałem bitewnym pochwycił nóż i wyskoczywszy z okopu, rzucił się pędem w stronę Niemców, wydając przy tym nieludzki krzyk. Nasi przeciwnicy wstrzymali ogień, przez chwilę powietrze wypełniał nie zagłuszony wystrzałami dziki wrzask naszego towarzysza. szwaby pozwoliły mu podejść na odległość pięciu metrów, a potem otworzyły ogień z CKM'u, rozrywając ciało Richarda na strzępy. Czułem ten podmuch na twarzy. Wtedy do mnie dotarło. To się działo naprawdę. Podpisując dokumenty o zaciąg do ochotniczego oddziału, wydaliśmy na siebie wyrok.
Kakofonia wystrzałów ponownie przeszyła niebo, nasi strzelali do nich, oni do nas.
- Zajdziemy ich z boku - wrzasnął Leonardo i pociągnął mnie za sobą. Przemknęliśmy okopami w prawo, a potem w las okalający polanę. Kiedy dotarliśmy do miejsca, które było poza zasięgiem CKM'u, podjęliśmy najgłupszą decyzję w naszym życiu.
Od zarośli, w których staliśmy, do budynku było około dwudziestu metrów. Okna były obstawione, ale zdawało nam się, że główna siła ognia skierowana jest w stronę okopu. Pięć metrów od bocznej ściany domu wznosiło się ogromne drzewo, Leo wskazał je, a następnie zaczął czołgać się w jego kierunku. Zrozumiałem i podążyłem za nim. Na szczęście trawa była wysoka, a ktoś tam w "górze" bardzo nas lubił, bo żadne niemieckie oko nie wychwyciło naszego posunięcia. Dotarliśmy pod drzewo.
- Masz granaty? - spytał.
- Dwa.
- Daj jeden.
Dałem.
- Chcesz CKM czy piętro?
- Kosiara jest moja - odparłem.
Sam nie wiem skąd nagle wstąpiło we mnie tyle odwagi. Może to te książki? Może...
- No to jazda!
Spojrzałem po oknach. Nic. Przebiegłem szybko pięć metrów i przywarłem plecami do ściany budynku. Powoli skradałem się do rogu. Leo wciąż obserwował górę. Kiedy byłem już na miejscu dałem mu znak. Odbezpieczyliśmy granaty. On rzucił swój w okno drugiego piętra, ja wychyliłem się i podrzuciłem swój w górę tak, że lecąc po łuku trafił idealnie w gniazdo CKM'u. Podwójny huk przeszył niebo. Szkło posypało się z góry, a odłamki cegieł deszczem spadały dookoła. Reszta była tylko chwilą. Wyczułem paniczną bieganinę w środku. Ogień Niemców załamał się, a nasi wybiegli z okopów i rozpoczęli szturm.
- Do środka - wrzasnął Leonardo.
Dobiegliśmy do okna na parterze, Leo wsadził karabin do środka i ruszając ręką w nadgarstku, wystrzelił cały magazynek. Kilka ciał padło na podłogę. Podałem mu swojego Mk 2, a sam wyciągnąłem ViS'a, prezent od dziadka, który jako jedyny rozumiał moją decyzję. Polski, dobry pistolet. Nie zawiedzie cię - mówił.
Wkroczyliśmy do budynku, parter był czysty, lecz z góry nadal dochodziły strzały. Przyparci do ściany przesuwaliśmy się powoli po drewnianych schodach, broń mając ciągle w pogotowiu skierowaną lufami ku górze. Dotarliśmy na piętro. Niemcy pruli z okien, nie zauważając naszej obecności. Teraz ja przejąłem inicjatywę. Strzeliłem do najbliższego szwaba, dając tym samym znak do natarcia. Trafiłem w ramię. Poprawiłem dwoma kulkami i ruszyłem do przodu. Scott stanął po mojej lewej stronie. Obracając się w przeciwnych do siebie kierunkach, strzelaliśmy do zdezorientowanych Niemców. Wybiliśmy wszystkich. Leo podniósł dwa niemieckie karabiny i otworzył ogień w stronę drzwi następnego pokoju, skąd wybiegali już kolejni naziści. Ja, również korzystając z broni przeciwnika, obstawiłem schody. Nikt nie nadchodził. Obróciłem się, by zobaczyć jak radzi sobie Leonardo. Obraz, który ukazał się mym oczom, wstrzymał na chwile pracę serca. Czas zwolnił bieg. Nieco za moim kompanem stał niemiecki oficer, celując do niego z pistoletu. Zapewne, gdy strzelaliśmy, rzucił się na ziemię, symulując zgon. Machinalnie pociągnąłem za spust ViS'a.
Kula świsnęła ocierając się o udo Leonarda i trafiając w kolano Niemca. Leo odruchowo schylił się z bólu. Uratowało mu to życie, gdyż kula przeznaczona dla niego wbiła się w ścianę. Mój kompan zachował zimną krew, wyciągnął nóż i wbił go oficerowi w krocze. Gdy ten z krzykiem pochylił się do przodu, złapał go za ubranie i przyciągnął do swojej twarzy. Dzieliło ich kilka centymetrów. Scott przyłożył mu do głowy pistolet i strzelił.
- To za moją matkę - powiedział spokojnie i splunął krwią na ciało szwaba, którego identyfikacja nie była już możliwa.
Usłyszałem za sobą stacatto ciężkich wojskowych butów. Wycelowałem pistolet w stronę dźwięku. Na szczęście to byli nasi. Szybko oczyścili resztę pięter. Ja pomogłem wstać umazanemu krwią Leonardowi.
- Mogłeś uważać.
- Celowałem w jego głowę - odparłem z uśmiechem.
Jakiś czas później podszedł do nas dowódca. Poklepał nas po plecach i powiedział:
- No chłopaki, będzie awans.
Nienawidzę takiego pierdolenia, ale właśnie od tych słów wszystko się zaczęło. Faktycznie awansowaliśmy i rozesłano nas do różnych jednostek. Potem dowiedziałem się, że Leo zginął podczas lądowania w Norwegii. Ja zaś, Bóg mi świadkiem, że nie wiem, co we mnie wstąpiło, przeprowadziłem kilka kolejnych samobójczych akcji i dzięki temu zostałem zwerbowany do SS, jak żartobliwie nazywaliśmy brytyjski wywiad Secret Service.
Było mi tam dobrze, czułem się wyśmienicie w specjalnej komórce agencji wywiadowczej przepełnionej podobnymi do mnie pomyleńcami. Szkolono nas. Posyłano na akcje. Dobrze opłacano. Czas upływał, a we mnie z niewiadomych powodów zaczynało coś narastać, coś paliło mnie w środku, krzyczało. W końcu pękło, a mój świat obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.
Podczas jednej z lipcowych akcji obezwładniłem i powaliłem na kolana niemieckiego porucznika, którego dom przeszukiwaliśmy. Przyłożyłem mu pistolet do skroni i popatrzyłem prosto w oczy. Ujrzałem zrezygnowanie. Nie strach, nie zawziętość, lecz totalną obojętność i rezygnację. Zapytałem, czy ma jakieś życzenie przed śmiercią.
- Tak - odparł łamaną angielszczyzną - obejdźcie się z moją żoną delikatnie i nie pozwólcie patrzeć na to synowi.
Szok. To słowo chyba najpełniej oddawało mój stan. Spodziewałem się zupełnie innej odpowiedzi. Deutschland über alles albo Führer main Gott. Odepchnąłem go i odwróciłem się. Jego rodzina stała obok wielkiej, dębowej szafy ustawionej w rogu pokoju. Patrzyli na mnie. Pierwszy raz dostrzegłem w nich ludzi, nie zwierzęta żądne krwi, lecz ludzkie istoty. I wtedy dotarło do mnie z ogromną siłą, kim jestem. Kim jestem w ich oczach. Jestem zwierzęciem, żądną krwi bestią. Agresorem.
Mój partner wszedł do pokoju, trzymając w ręku grubą teczkę.
- Szwabski kutas - powiedział i strzelił klęczącemu prosto w twarz.
Czas zwolnił bieg, tak jak wtedy kiedy ujrzałem owego oficera. Widziałem, jak syn pada na ziemię wrzeszcząc i zalewajac się łzami, jak matka wymiotuje, jak obydwoje patrzą na nas z nienawiścią. Agresja rodzi agresję. Wybiegłem z domu. Moja wewnętrzna, moralna bariera pękła.
Zapadłem w psychiczną niszę. Miałem dość tej wojny, chciałem wracać. Ponadto z listów od matki dowiedziałem się, że moja młodsza siostra ciężko zachorowała. Teraz byłem już pewien, nie chciałem - ja musiałem wracać do domu. Umożliwić mi to miała operacja "Henryk I", moja ostatnia misja.
Coś poruszyło się w pobliskich zaroślach, wybudzając mnie z głębokiego zamyślenia. Arthur opuścił swoje stanowisko. Pewnie poszedł się odlać. Obraz, który teraz telepał się w mojej głowie, był stosunkowo świeży. Sala strategiczna.
Operacja "Henryk I". Miejsce - zamek Wewelsburg. Cel...

- To może pan pominąć - powiedział oschle - znamy szczegółowy plan operacji.
Na moment zapadła cisza. Potem skryty za oślepiającym światłem mężczyzna zaczął ciągnąć dalej. Chcąc podkreślić swoją nonszalancję i sarkazm mówił jak gdyby od niechcenia, przeciągając końcówki zdań i starając się zachować obojętny ton.
- Zrzut spadochronowy. Dostanie się w okolice zamku. Wdarcie do środka podziemnymi tunelami. Kradzież dokumentów dotyczących Wunderwaffe zawierających dokumentacje projektu "Die Glocke". Zabicie Heinricha Himmlera i ucieczka. Zgadza się?
- W największym skrócie - tak.
- Czy jest coś jeszcze o czym powinniśmy wiedzieć?
- Owszem. Domyślam się, że owe akta otrzymał pan od swego poprzednika, jedynego zresztą, z którym miałem ochotę rozmawiać. Jest jednak wiele rzeczy, których w nich nie ma, bo być nie mogło.
- Mianowicie?
- Zamek Wewelsburg, położony w okolicy Paderborn w Westfalii, stał się miejscem kultu siły i aryjskiej wszechwładzy. Większość dostojników partyjnych III Rzeszy rozkochanych było we wszelkiego typu okultystycznych praktykach i należało do wielu tajnych stowarzyszeń, między innymi Thule, Bractwo Wiary Germańskiej czy Towarzystwo Wotańskie. Właśnie takim stowarzyszeniom i związkom Adolf Hitler zawdzięcza swoja pozycję, podobnie jak Hess, Bormann i Himmler. Potrzebne więc było miejsce, w którym możliwe byłoby prowadzenie mistycznych działalności. Zajął się tym Heinrich Himmler. Jego polityka, praca i założenia podporządkowane były tajemniczym, nieracjonalnym wydawałoby się praktykom. On sam był święcie przekonany, że jest reinkarnacją germańskiego króla Henryka I. Na stolicę nazistowskiego mistycyzmu wybrano właśnie zamek Wewelsburg. W 1934 roku SS wydzierżawiło ten obiekt i rozpoczęło prace adaptacyjne pod okiem Karla Marii Wiliguta. Zamek miał być przebudowany na siedzibę "apostołów" SS. Zaprojektowano go tak, by przypominał siedzibę rycerzy legendarnego króla Artura - zamek Camelot. Specjalnie przygotowane sale miały służyć wybranym - elicie SS - Gruppenführerom. Dwunastu z nich miało stanowić święty krąg na wzór owych rycerzy. Każdy z członków tej grupy posiadał na zamku własny pokój oraz specjalnie przygotowany herb. Styl w jakim zaprojektowano ich pomieszczenia wraz ze znakiem herbowym odpowiadał okresowi historycznemu z jakiego pochodziła reinkarnacja Gruppenführera. Spotkania grupy odbywały się w ogromnej sali zlokalizowanej w Północnej Wieży, pod którą w specjalnej krypcie miały spocząć w swoim czasie prochy "kapłanów" SS. W środku krypty płonął święty ogień, a w okręgu znajdowały się piedestały oczekujące na urny z prochami mistycznej dwunastki. Każdy z nich otrzymywał za życia pierścień z trupią główką, który po śmierci właściciela wracał do SS.
Zdobycie tych informacji było wielkim osiągnięciem Secret Service. Dodatkowo nasz informator doniósł, że na przełomie października i listopada nadarzy się okazja do rewanżu za "Sprawę Venlo" i zdobycia teczki zawierającej tajemnice enigmatycznego projektu "Die Glocke". Wkrótce jego donos został potwierdzony. Trzeciego listopada w zamku miało się odbyć zgromadzenie. Po jego zakończeniu dostojnicy Rzeszy mieli opuścić zamek. Wszyscy prócz Himmlera, który według doniesień oczekiwał tam przybycia Goeringa oraz samego Hitlera. Z racji konieczności eskorty uczestników spirytystycznego zebrania, na jedną noc Himmler, a wraz z nim posiadane przez niego dokumenty, miał być słabiej chroniony. Ten moment mieliśmy wykorzystać. Dzięki porwaniu jednego z inżynierów zatrudnianych przy budowie zdobyliśmy plany budynku. Wszystko było przygotowane i zaplanowane, lecz mimo to wykonanie owej misji nadal graniczyło z cudem. Dlatego wybrano najlepszych. Wybrano nas.
- Ciekawe - w jego głosie nastąpiła zmiana. Wyczuwalne było zdziwienie, spowodowane zapewne ilością informacji jaka wypłynęła z ust przesłuchiwanego.
- Proszę kontynuować - dodał po chwili.
Henryk popatrzył na dym, który lekko i swobodnie unosił się nad lampą. Podrapał się po trzydniowym zaroście, odchrząkną i rzekł:
- Kiedy wybiła północ ruszyliśmy do akcji.

Nasz dowódca Paul Ricco dał znak. Wiedzieliśmy co robić. Zbiegliśmy z małego pagórka i zaczęliśmy się przemieszczać lasem, wzdłuż drogi. Jakiś warkot. Paul uniósł, a następnie opuścił rękę, padliśmy na ziemię. Wyciągnąłem lekko głowę ponad krzaki i natychmiast dostrzegłem źródło owego hałasu - dwa opancerzone wozy typu SdKfz 222 zaopatrzone w dwucentymetrowe działko zmierzały ku bramie, która obustronnie zabudowana była solidnymi budkami strażniczymi. Kiedy pojazdy znalazły się w bezpiecznej odległości ruszyliśmy dalej. Las był gęsty, deszcz nadal padał, a zachmurzone, nocne niebo przysłaniało jedyne źródło światła jakim mógł być wtedy księżyc. Dziesięć minut później dotarliśmy do zarośniętej ścieżki. Na jej końcu miało znajdować się wejście do tuneli. Rozproszyliśmy się dookoła i zaczęliśmy wolno posuwać się naprzód zgodnie z jej kierunkiem. Nagle za swoimi placami usłyszałem gruby głos:
- Ja, das stimmt.
Odpowiedział mu głęboki śmiech. Obróciłem się. W naszą stronę zmierzał dwuosobowy patrol. Po chwili jeden z Niemców najwyraźniej wypatrzył coś po prawej stornie ścieżki, gdyż zatrzymał się i złapał za karabin.
- Was ist das? Haende hoch!
Nie mogliśmy czekać ani chwili dłużej. Zaistniały problem trzeba było usunąć szybko i bezszelestnie. Zza pleców pierwszego z żołnierzy wyrósł niczym duch Winston wbijając nogę w zgięcie jego kolana. Gdy szwab, straciwszy równowagę klęknął, Winston jednym szybkim ruchem skręcił mu kark. W tym samym momencie Edward poderżnął gardło drugiemu żołnierzowi swoim niezawodnym, długim bagnetem. Zaciągnęli ciała w zarośla i prowizorycznie przysypali liśćmi. Mieliśmy niewiele czasu, trzeba było się śpieszyć. Za niecałą godzinę odkryją brak dwójki ludzi i rozpoczną poszukiwania. Ruszyliśmy biegiem.
Dotarcie do celu i wejście do tuneli zajęło nam około dwudziestu minut. Nasz informator nie zawiódł, a plany były dokładne. Po drodze zdjęliśmy mokre ubrania i przygotowaliśmy broń. Akcja opracowywana była prawie dwa miesiące. Każdy znał jej plan na pamięć. Tunel kończył się sekretnym przejściem, co więcej - prowadziło ono do komnaty samego Himmlera. Odbezpieczyliśmy broń i na komendę wkroczyliśmy do środka.
Jeden po drugim wbiegaliśmy do pomieszczenia. Jednakże ku naszemu zdziwieniu nie była to mała komnatka, a ogromna sala w kształcie koła. Podniosłem wzrok, wodząc po okalającym to miejsce półokrągłym balkonie, który zdawał się osaczać nas i zamykać w potrzasku. Tak też było w istocie. Niemcy, mnóstwo Niemców rozstawionych z wycelowanymi w nas Mauserami. Spojrzeliśmy za siebie. Tajemne drzwi zatrzasnęły się, uniemożliwiając odwrót. Oszukano nas. To była pułapka.
- Panowie, śmierć przy waszym boku będzie dla mnie zaszczytem - powiedział Paul głosem tak spokojnym, jakby nic się nie stało.
- Jeszcze żyjemy!- wrzasnął Eliot i otworzył ogień.
To była rzeź. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co dokładnie się stało. Pamiętam jedynie, że odruchowo rzuciłem się w bok, strzelając na oślep. Nim dobiegłem do drzwi karabin wydał z siebie tępy dźwięk sygnalizujący koniec amunicji. Odrzuciłem go i z całych sił naparłem na drzwi. Puściły z zawiasów, a ja padłem wraz z nimi. Przeturlałem się i uniosłem na jedno kolano, pistolet dzierżąc już w prawej ręce. Znalazłem się w długim korytarzu, oświetlonym jedynie kilkoma ściennymi lampami. Dudnienie. Zbliżali się. Ruszyłem pędem i skręciłem w lewo. Spojrzałem za siebie. Dwóch. Podskoczyłem, obracając się w powietrzu i wystrzeliłem. Trafiłem pierwszego z nich, drugiego sięgnąłem, leżąc już na plecach. Zerwałem się na równe nogi i pobiegłem dalej. Kątem oka dostrzegłem Niemca kryjącego się we wnęce prawej ściany. Przerzuciłem niezawodnego ViS'a do lewej ręki, w drugiej zaś zabłysnął nóż. Kiedy tylko się wychylił, zacząłem ostrzeliwać róg prowizorycznego schronienia, uniemożliwiając mu tym samym ruszenie się z miejsca. Przerwałem dopiero, gdy znalazłem się przy nim i nie przerywając biegu, bez namysłu wbiłem ostrze w samą szyję przyczajonego zabójcy. Na końcu korytarza pojawiło się kolejnych dwóch szwabów. Wystrzeliłem w nich resztę magazynka i przywarłem do ściany. Miałem chwilę, by obejrzeć otoczenie. Bogato zdobione wnętrze nie dziwiło mnie zbytnio. Starałem się raczej wypatrzyć coś, co mogło posłużyć mi za broń. Czy to za sprawą zwykłego łutu szczęścia czy też jakiejś tajemniej opatrzności kilka metrów dalej na ścianie wisiały dwa średniowieczne, jednoręczne miecze. Wiedziałem, że zginę tam, w murach tego posępnego zamku, ale przypomniał mi się Leonardo, który, straciwszy wszystko, postanowił zawierzyć swój los chęci zemsty. Ja postanowiłem oddać się Bogu, jego łasce, a może po prostu losowi. Wziąłem głęboki oddech i w dwóch skokach znalazłem się przy broni, złapałem za miecz. Okazja do jego wypróbowania nadarzyła się od razu. Pierwszy napastnik, jaki wychylił się zza zakrętu, stracił głowę. Drugiemu złamałem nos rękojeścią, a następnie, zataczając nad głową koło, ciąłem w pasie. Krew tryskała obficie, zaklejając mi oczy. Przetarłem je ręką. Nagle wyczułem jakiś ruch za moimi placami, odwróciłem się. Pamiętam tylko twarz umundurowanego, nieogolonego człowieka. Mój świat spowił mrok...

- Niestety przeżyłem, po długotrwałych torturach mających na celu uzyskanie informacji zostałem wysłany do obozu pracy KL Niederhagen, położonego niedaleko Wewelsburga. Trzymano tam ludzi, którzy byli wykorzystywani do prac przy przemodelowaniu zamku. Każdego dnia modliłem się, by móc znów zobaczyć rodzinę, często myślałem o samobójstwie. Wraz z innymi więźniami III Rzeszy zostałem uwolniony pod koniec 1945 roku. Jednak powrót do domu sprawił, że znów pomyślałem o odebraniu sobie życia. O mojej rodzinie słuch zaginął. Nikt nie miał pojęcia gdzie są, nikt nic nie wiedział. Po nieudanym targnięciu się na życie, zgarnęły mnie wasze macki i tak znalazłem się tutaj.
Po jego słowach nastąpiło dłuższe milczenie.
- Dziękuję, myślę, że na dziś wystarczy. Moi san... - przerwał w połowie słowa i głośno wypuścił powietrze nosem- Moi ludzie odprowadzą pana.
Kiedy dwóch dryblasów wyprowadziło Henryka, w drzwiach sali pojawiła się nowa osoba.
- Gratuluję sukcesu, Golder otworzył się całkowicie. Jak pan to zrobił, panie Starzewski?
- Po pierwsze, mów mi Krzysztof - odparł, zbliżając się do nowoprzybyłego - a po drugie - wcale nie było to takie trudne. Wystarczyło znać tylko kilka faktów z jego życia i już jest nasz.
- Mianowicie?
- Powiedz mi Kamilu, dlaczego tak bardzo interesuje cię ta sprawa?
- Ponieważ nikomu prócz ciebie nie udało się wyciągnąć od Goldera ani grama informacji, a ja lubię uczyć się od najlepszych.
Krzysztof przypatrzył się uważnie i ruszył wzdłuż ciasnego, acz dobrze oświetlonego korytarza, którego jedna ze ścian całkowicie pokryta była oknami.
- Co chcesz wiedzieć?
- Czego się dowiedziałeś i jaki był twój klucz do sukcesu.
- Kluczem było stworzenie mu warunków. Musiały mu one odpowiadać, musiał czuć się w nich dobrze, wręcz swobodnie.
- I stąd ta cała mistyfikacja?
- Tak - odparł Starzewski przypinając do swojego ubrania identyfikator ordynatora Oddziału Psychiatrycznego w Elblągu i dodał po chwili:
- Jego rodzina zginęła roku temu w wypadku samochodowym, wielokrotnie próbował odebrać sobie życie, ale na szczęście z mizernym skutkiem.
- Wtedy trafił do nas?
- Zgadza się. Jego wielkim zainteresowaniem od pierwszej klasy liceum były dzieje II wojny światowej, pewnie stąd taki a nie inny świat obrał sobie jego chory umysł za schronienie.
- A te akta? Skąd je miałeś?
- Sam je napisał i oddał doktorowi Kuzebie.
- Myślisz, że teraz będzie można mu jakoś pomóc?
- To ciężki przypadek, ale mamy XXI wiek - nie ma rzeczy niemożliwych - odrzekł z uśmiechem.
- Hmm... Pewnie masz rację. A tak, abstrahując od sprawy Goldera, słyszałeś ten dowcip o inspekcji?
- Nie.
- Do szpitala psychiatrycznego przyjeżdża inspekcja w celu zweryfikowania stanu pacjentów. Pytają pierwszego: Ile jest dwa razy dwa? Osiemset - odpowiada. Zadają to pytanie drugiemu. Piątek - odpowiada. Ze zrezygnowaniem w głosie zapytują trzeciego. Cztery - odpowiada. Zaskoczeni inspektorzy pytają: Jak do tego doszedłeś? Podzieliłem osiemset przez piątek.
Krzysztof uśmiechnął się szeroko, ale raczej było to grzecznościowe dopełnienie formy, aniżeli szczera reakcja na dowcip.
- Ponoć z dowcipów o wariatach można by stworzyć wizerunek niejednego normalnego człowieka - rzekł w zamyśleniu.
- Może...
Chwilę szli w milczeniu, wypełniając pusty korytarz cichym odgłosem równych kroków. Kiedy dotarli do gabinetu Starzewskiego, ordynator odezwał się pierwszy:
- Tu się pożegnamy, do zobaczenia jutro.
- Do widzenia.
Krzysztof wszedł do pokoju i ciężko zapadł w fotel, ceremonialnie wypuszczając powietrze z płuc. Siedział przez moment wpatrzony w sufit, po czym sięgnął po zaczętą wcześniej książkę Edwarda Gibbona. Otworzył ją na losowo wybranej stronie, uważał to za swoje małe wariactwo - czytanie książek, poczynając od dowolnej strony. Założył okulary i zaczął czytać.
W rzeczy samej historia to niewiele więcej niż spis zbrodni, szaleństw i nieszczęść ludzkości...


w górę